Operacja Overlord
Autor: Artur Micek
niedziela, 24 października 2010 09:31

Operacja Overlord była największą operacją morsko-desantową w dziejach świata, której celem było przełamanie Wału Atlantyckiego w celu utworzenia nowego frontu w Europie. Lądowanie w Normandii w dniu 6 czerwca 1944 r. poprzedziło kilka lat przygotowań i gry wywiadów.
Obywatele sprzymierzonych państw czekali na inwazję wojsk alianckich na ufortyfikowaną Europę równie niecierpliwie jak na sam koniec wojny. Hitler przez cztery lata budował system obronny; szczelny wał ze stali i betonu, który został obsadzony wieloma tysiącami żołnierzy nazistowskich. Aby go przełamać, Alianci zmobilizowali i skoncentrowali w Anglii trzy milionową armię i skoncentrowali największa na świecie flotę powietrzną i morską przeznaczoną do wykonania jednego zadania. Okupowana przez hitlerowców Francja została jednym z najlepiej ufortyfikowanych obszarów w historii. Obie strony od wczesnych tygodni 1944 roku zaczęły przygotowywać się do stoczenia ze sobą ostatecznej walki, która miała zadecydować o losach Europy i świata.
Kontekst historyczny
Wstępne przygotowania do inwazji na kontynent europejski zaczęły się już w 1940 roku, miały jednak charakter symboliczny. Brytyjskie zaangażowanie w Afryce Północnej, basenie Morza Śródziemnego, na Atlantyku oraz na Dalekim Wschodzie jak i w samej Anglii nie pozwalało skromnym brytyjskim siłom lądowym na rozpoczęcie jakiejkolwiek nowej operacji. Sukces operacji "Compass" w Libii został zaprzepaszczony wysłaniem korpusu ekspedycyjnego do Grecji. Straty brytyjskie w czasie kampanii w Grecji oraz utrata Krety pociągnęły za sobą duże straty w ludziach i sprzęcie, który był dla aliantów na wagę złota w 1941 roku.
Sytuacja Wielkiej Brytanii i sojuszników zaczęła poprawiać się od chwili przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny. Gospodarka USA w ciągu kilku miesięcy przestawiła się na masową produkcję wojenną. Z linii produkcyjnych zaczęło zjeżdżać tysiące pojazdów, setki czołgów i samolotów, stocznie rozpoczynały produkcję dziesiątek okrętów transportowych, niszczycieli, lotniskowców i innych jednostek pływających. Pomoc amerykańska przechyliła szalę zwycięstwa na stronę aliantów w czasie wielkiej trzeciej bitwy pod El Alamein. Brytyjczycy co miesiąc dostawali coraz więcej nowego wyposażenia. 23 listopada 1942 roku na froncie długości 150 km Alianci skoncentrowali ok. 220 tysięcy żołnierzy, 1100 czołgów, 1350 dział i 550 samolotów. Przewaga aliancka nad Afrika Korps była ogromna. Po zwycięstwie brytyjskiej 8. Armii wojska pancerne ruszyły w pościg za Lisem Pustyni i jego niedobitkami. Gdy w styczniu 8. Armia wkraczała do Trypolisu, w Casablance, wyzwolonej przez wojska amerykańskie, odbyło się spotkanie przywódców USA, Wielkiej Brytanii i Francji.
Na konferencji w dniach 12-24 stycznia 1943 roku przywódcy aliantów podjęli decyzję, że drugi front zostanie otwarty w 1944 roku. W Quebecu w sierpniu 1943 roku Roosevelt wraz z Churchillem podjęli decyzję w sprawie miejsca lądowania; wojska alianckie miały rozkaz wkroczyć do Francji. Mimo tego Brytyjczycy nadal chcieli przekonać stronę amerykańską, że jest wiele lepszych miejsc ataku niż Francja. Utrzymywali swój pogląd, że szereg operacji w rejonie śródziemnomorskim jest lepszym i bezpieczniejszym wyjściem, niż atak na wał atlantycki. Churchill opowiadał się za desantem na Kretę, opanowaniem wysp greckich oraz inwazją na Grecję kontynentalną i kontynuowanie natarcia we Włoszech w kierunku Mediolanu oraz Wenecji. W dalszej kolejności nastąpić miało wkroczenie wojsk sprzymierzonych do Niemiec południowych przez Austrię, oraz połączenie się z wojskami sprzymierzonymi z Bałkanów.
Plany premiera Wielkiej Brytanii zakładały, że Jugosławia, Albania, Bułgaria, część Rumunii, Węgier oraz Czech i cała Austria zostaną w taki sposób zajęte przez siły sprzymierzone. Następnie plan zakładał połączenie się z wojskami ZSRR i kontynuowanie natarcia w stronę Berlina i przez Niemcy środkowe do Zagłębia Rury oraz dalej na zachód i północ. Amerykanie z wielu względów, w tym politycznych, stanowczo sprzeciwiali się takiej operacji. Sam generał George Patton powiedział, że ani we Włoszech, ani w Jugosławii i całych Bałkanach nie ma odpowiednich warunków dla wojsk pancernych, a infrastruktura jest tak słaba, że wojska alianckie staną z powodu braku zaopatrzenia. Sprawa miejsca ataku została ostatecznie rozstrzygnięta na konferencji w Teheranie w listopadzie 1943 roku. Churchill pod naciskiem Stalina i Roosevelta ostatecznie odstąpił od swojego stanowiska i zapowiedział, że wojska Wielkiej Brytanii będą aktywnie uczestniczyć w operacji. Wielka machina wojenna ruszyła z kopyta.
Alianccy sztabowcy wiedzieli już gdzie zaatakują, teraz mogli spokojnie rozpocząć przerzucanie milionów ton zaopatrzenia i setek tysięcy żołnierzy w odpowiednie miejsca koncentracji wojsk. Gdy ogólny cel ataku został przekazany sztabowcom z generałem Morganem na czele (odpowiedzialnym za stworzenie planu inwazji), zaczęło się pojawiać tysiące pytań, na które musiano odpowiedzieć. Gdzie zaatakować i kiedy? Ile do tego trzeba dywizji? Ile należy zgromadzić transportowców, żeby je przewieźć? Skąd wziąć niezbędne środki? Jak długo powinien trwać ostrzał z artylerii okrętowej? Ile rzucić do walki dywizji powietrznodesantowych? itd.
Ale taki sam problem mieli Niemcy. Mimo, że wał atlantycki był nakreślany przez propagandę jako lina obrony nie do przejścia, rzeczywistość była zupełnie inna w roku 1943. Przekonał się o tym jesienią 1943 roku sam Erwin Rommel. Poza regionem Pas-de-Calais fortyfikacje, z pominięciem najważniejszych miast portowych praktycznie nie istniały. Wzdłuż wybrzeży ciągnęły się dziesiątki kilometrów niebronionych plaż, świetnie nadających się do inwazji. To co zobaczył Rommel, przeraziło go do tego stopnia, że powiedział podobno von Rundstedtowi iż: „Alianci mogą przerzucić na kontynent kilka dywizji, a my się nawet o tym nie dowiemy". Rommel po przeanalizowaniu desantu alianckiego pod Dieppe zrozumiał, że tylko na wybrzeżu można odeprzeć atak wojsk alianckich. Alianci ponieśli klęskę w tym rajdzie, ale doświadczenie zdobyte w czasie operacji było bezcenne. Nie należało się spodziewać, że jednostki w sile dywizji utworzą przyczółek. Do inwazji potrzebne były cały szereg jednostek uderzeniowych.
Na przełomie wrzesień 1943 – maj 1944 Rommel zaangażował do budowy „wału” dziesiątki tysięcy przymusowych robotników, tysiące jeńców, całe francuskie wsie i miasta znad wybrzeży oraz duże siły niemieckie. Miał przy tym pełne poparcie Hitlera, który wręczył mu Gummibefehl - elastyczną dyrektywę. W ciągu kilku miesięcy zużyto tyle stali i betonu, że w całej okupowanej Europie uzyskanie tych materiałów przez cywilów graniczyło z cudem. Na potrzeby wału atlantyckiego ogołocono doszczętnie linię Maginota i częściowo linię Zygfryda. O skali niemieckich przygotowań świadczy to, że do końca maja 1944 roku w samej Normandii rozstawiono ponad cztery miliony min. Ogólnie do początku czerwca 1944 roku „wał” kosztował Niemców ok. 13,5 mln metrów sześciennych betonu, 1,2 mln ton stali, a w szczytowym momencie budowało go ponad 200 tysięcy ludzi. Wraz ze zbliżaniem się lata w 1944 roku zaczęły rodzić się konflikty między Rommlem a Rundstedtem w sprawie sposobu odparcia inwazji. Rommel chciał skierować na wybrzeża większość posiadanych wojsk we Francji, w tym dywizje pancerne. Rundstedt sądził, że sam „wał” ma tylko opóźnić i osłabić natarcie wroga, a po wpuszczeniu go w głąb lądu zamierzał przeprowadzić potężny kontratak dywizjami pancernymi i zepchnąć wojska alianckie z powrotem do morza. Spór ten ostatecznie rozwiązał Hitler, dając pod dowództwo Rommla trzy dywizje pancerne, a pozostałe cztery pozostawił pod dowództwem OB West.
15 stycznia 1944 roku Roosevelt wracając z Teheranu, zatrzymał się w Tunisie gdzie mianował Dwighta Davida Eisenhowera na stanowisko Naczelnego Dowódcy Wojsk Inwazyjnych. Eisenhower dostał krótki, ale mówiący wszystko rozkaz od Połączonego Komitetu Szefów Sztabów ze Stanów Zjednoczonych: „Wejdzie pan na kontynent europejski i razem z innymi Narodami Zjednoczonymi, podejmie pan operacje wymierzone w serce Niemiec i obliczone na zniszczenie ich sił zbrojnych”. 17 stycznia powstało Naczelne Dowództwo Alianckich Sił Ekspedycyjnych – „SHAEF” (Supreme Headquarters Allied Exspeditionary Forces). Eisenhower oficjalnie objął dowództwo 13 lutego 1944 roku. Jego zastępcą został marszałek lotnictwa Arthur Tedder. SHAEF składało się ze sztabu operacyjnego na czele którego stał gen. Walter Bedell Shmit, na alianckiego dowódcę sił powietrznych obrano marszałka lotnictwa Trafforda Leigh-Mallory'ego, dowódcą sił morskich został admirał Bertram Ramsay, a wojsk lądowych generał Bernard Montgomery. W skład centrum dowodzenia wchodziła jeszcze cała grupa doradców oraz sztabowców.
W czasie ustalania i planowania miejsca lądowania odrzucono wybrzeża Holandii, ponieważ nie spełniały odpowiednich warunków terenowych, a duża gęstość kanałów i rzek nie pozwalała na szybkie rozszerzenie natarcia w głąb lądu. W dodatku, tereny te znajdowały się zbyt daleko od Anglii. Rodzaj piasku i wiatry wyeliminowały wybrzeża Belgii. Cieśnina Kaletańska była zbyt silnie broniona, a w Anglii nie było większych portów po drugiej stronie wybrzeży kanału La Manche. Plaże przy ujściu Sekwany były za małe, a ukształtowanie terenu i klify blokowały dostęp w głąb wybrzeża. Wyjścia z plaż, ukształtowanie terenu, odległość od Anglii oraz pływy wykluczyły Bretanię. Wszystko przemawiało za Normandią, plaże były przejezdne dla czołgów i innych pojazdów, nic nie przeszkadzało i nie utrudniało natarcia w głąb lądu, szybowce i samoloty mogły wylądować na polach. Obszar był broniony przez mniejsze siły niż w okolicach Cieśniny Kaletańskiej. Naprzeciwko Normandii w Anglii znajdowały się duże porty i co najważniejsze, alianckie samoloty mogły spokojnie z lotnisk w Anglii prowadzić operację nad Normandią. SHAEF zadecydował, że alianckie wojska zaatakują Normandię. Amerykanie zaakceptowali plan generała Morgana, nalegając jednak, by w pierwszym rzucie wylądowało więcej wojsk, przynajmniej pięć dywizji. Eisenhower zaproponował też zrzucenie spadochroniarzy w głębi lądu. Obie strony podjęły decyzje, że cała operacji będzie miała kryptonim "Overlord", a wszystkie jej szczegóły należy utrzymać w tajemnicy.
Wraz z tymi ustaleniami, wielka machina wojenna ruszyła pełną parą. Alianci zaczęli gromadzić kolosalne ilości sił i środków. Z USA do Anglii płynął nieprzerwany strumień żołnierzy i zaopatrzenia w ramach operacji "Bolero". Prawie każdego dnia przybywały do Anglii i Szkocji gigantyczne konwoje z wojskami i zaopatrzeniem, a na potrzeby przewożenia tych towarów zbudowano 170 mil nowych linii koleinowych. Wkrótce w brytyjskich miasteczkach i wsiach centralno południowej Anglii liczba żołnierzy amerykańskich przekroczyła liczbę stałych mieszkańców. Na potrzeby inwazji zbudowano 163 nowe lotniska, na których rozlokowano 8. i 9. Armię Lotniczą. Porty zostały zatłoczone do niemożliwości, skoncentrowano w nich wielką ilość okrętów wsparcia, od pancerników aż do kutrów torpedowych i miniaturowych okrętów podwodnych. W maju na terenie Wielkiej Brytanii stacjonował już 1,7 miliona żołnierzy amerykańskich oraz ponad 1,4 miliona żołnierzy z Wielkiej Brytanii, Francji, Kanady, Polski, Belgii, Danii, Holandii, Norwegii i Czechosłowacji. Na ich wyposażeniu znajdowało się ponad 100 tys. pojazdów, 14 tys. czołgów, 15 tys. samolotów, 35 tys. dział i moździerzy, 3700 barek desantowych, 5300 okrętów. Z USA do Anglii przetransportowano dwudziestotysięczny tabor kolejowy złożony z cystern, lokomotyw i wagonów towarowych, które miały zastąpić zniszczony tabor francuski. Na potrzeby inwazji wydrukowano ponad 650 tys. map, stworzono tysiące małych makiet terenowych, na których odbywały się ćwiczenia taktyczne. W magazynach zgromadzono 124 tys. łóżek szpitalnych, setki tysięcy ton amunicji, pożywienia oraz umundurowania.
Alianccy konstruktorzy stworzyli też istne cuda techniki jak np. porty "Mulberry", które tuż po desancie zostają przeholowane do wybrzeży Normandii i tam rozstawione. Wydajność jednego portu Mullbery miała być większa niż angielskiego portu w Dover. Alianci opracowali również rurociąg "Pluto", który miał zapewnić nieprzerwane dostawy paliwa do Normandii. Skala przygotowań do tej inwazji była taka wielka, że miliony robotników w USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach sprzymierzonych prawie wyłącznie pracowali na potrzeby operacji "Overlord". Wielkość skoncentrowanych sił była tak duża, że wydawało się, iż jakakolwiek armia która stanie przeciw aliantom zostanie unicestwiona.
Wielka Brytania od marcu 1944 roku została praktycznie odcięta od świata. Ważną rolę w przygotowywaniu inwazji na Francie odegrała akcja dezinformacji "Bodyguard". Twórcy operacji „Overlord” wiedzieli, że jej pierwsza faza będzie decydująca. Żeby Alianci utrzymali swoje pozycje po wylądowaniu, rozproszone siły niemieckie w Norwegii, Francji, Belgii, Holandii, na Bałkanach i we Włoszech musiały pozostać na pozycjach. W tym celu zorganizowano wielką akcję wywiadowczą i dezinformacyjną, która wprowadziła w błąd Niemców co do daty i miejsca inwazji. Działania w ramach operacji "Bodyguard", opierały się na pięciu fałszywych planach strategicznych.
Pierwszy plan zakładał, że inwazja nastąpi w maju lub czerwcu 1944 roku w Norwegii, po czym siły alianckie przejdą przez Szwecję (działanie to miało kryptonim operacji "Graffham") za zgodą władz i zaatakują Danię oraz wkroczą do północnych Niemiec. Według drugiego planu w tym samym czasie wojska sprzymierzonych zaatakowałyby Grecję i Albanię oraz rozpoczęły natarcie w głąb Bałkanów. Pozorowane działania dyplomatyczne zakładały też, że do ataku przystąpi armia turecka, która wkroczy do Bułgarii i Rumunii razem z siłami sprzymierzonych. Operacja ta nosiła nazwę "Zeppelin". Opcja trzecia: w czerwcu lub lipcu ZSRR przeprowadzi gigantyczna ofensywę na froncie wschodnim i połączy się z siłami aliantów na Bałkanach i w Norwegii. Plan czwarty zakładał, że nieustanne naloty strategiczne mogą doprowadzić do końca wojny, a wielka ofensywa aliancka w Włoszech doprowadzi do wkroczenia sił sprzymierzonych do Austrii i środkowych Niemiec. Plan piąty zaś zakładał, że inwazja nastąpi równocześnie w południowej Francji i w regionie Pas-de-Calais. Ostatnia opcja była jedną z najbardziej podtrzymywaną przez sztab niemiecki. Ważną rolę odegrali w całej tej wojnie informacyjnej też podwójni agenci na czele z Juanem Pujolem pseudonim "Garbo", który w ramach operacji "Fortitude" przekazał Niemcom szereg różnych informacji, które pośrednio wskazywały na to, że desant nastąpi w Norwegii i Cieśninie Kaletańskiej. Sama operacja "Fortituder" miała za cel przekonać Hitlera, że Alianci przed głównym uderzeniem przeprowadzą pozorowane desanty w regionie Normandii i Bretanii. Ważną rolę odegrała też fikcyjna Pierwsza Grupa Armii Stanów Zjednoczonych pod dowództwem generała George'a Pattona. Na jej wyposażeniu znajdowały się tysiące makiet czołgów, pojazdów, dział i wszelkiego innego rodzaju sprzętu. Przydzielonego wielu fikcyjnym dywizjom. Jedynie oddziały przeciwlotnicze i łącznościowe były prawdziwe. Zadaniem tych drugich było nieustanne pozorowanie wielkich ćwiczeń, koncentracji wojsk oraz robienie ogromnego natłoku fałszywych informacji w eterze.
Akcja powiodła się znacznie lepiej, niż się tego spodziewali alianci. Niemcy uwierzyli, że Patton ma pod sobą największa armię w historii, która przeprowadzi decydujące natarcie. Jej stacjonowanie w południowo-wschodniej Anglii wskazywało na to, że desant nastąpi w regionie miedzy Dunkierką a Dieppe. Aby inwazja odniosła sukces, Niemcy musieli uwierzyć we wszystkie fałszywe informacje, lecz nie komunikaty i oświadczenia oficjalnie głoszone przez Aliantów, ale przechwycone przez siebie i swój wywiad raporty, notatki, meldunki i rozkazy, czy nawet wzmianki w lokalnych gazetach. Złamanie kodu Enigmy doprowadziło do tego, że Alianci wiedzieli prawie wszystko o niemieckich planach, a przez to mogli skutecznie podsycać w wywiadzie niemieckim poglądy na to, że przeprowadzą wiele różnych desantów w różnych regionach, a najmocniejsze uderzenie spadnie na Pas-de-Calais.
Sprzymierzeni wiedzieli dzięki przechwytywanym komunikatom radiowym, że ich akcja dezinformacji powiodła się w całości. Jednym z ostatnich elementów operacji "Bodyguard" było przesiedlenie chorego niemieckiego generała Hansa Kramera pojmanego w Afryce. Ów generał został przetransportowany w ramach pomocy szwedzkiego Czerwonego Krzyża przez rzeczywiste miejsca koncentracji wojsk Alianckich, jednak trasa ta została ścielę określona i wszystkie znaki, reklamy, afisze, nawet nazwy ulic, numery domów, nazwy miejscowości, oraz nazwy instytucji zostały zmienione w taki sposób, że generał został całkowicie przekonany, iż przejeżdża przez region Dover, gdzie stacjonują wojska Pattona. To co widział, przeraziło go. Po drodze minął wielokilometrowe kolumny czołgów zapychających wszelkie drogi, całe polany zapełnione aż po horyzont samochodami i działami, dziesiątki tysięcy żołnierzy maszerujących na południe wszelkimi drogami. Podróż trwała godzinami, w czasie których widział tylko i wyłącznie masy żołnierzy, pojazdów i pociągów zmierzające na południe. Nie uświadczył on widoku cywilów, tylko niekończąca się masę wojsk zmierzającą na południe – do portów. Po dostaniu się do Niemiec przez Szwecję natychmiast udał się do Hitlera i opisał, co widział. Poruszenie jego informacjami było tak duże, że Hitler obawiał się, czy wojska nad Cieśniną Kaletańska (15. Armia) zdołają odeprzeć atak tak potężnych sił.
Dzięki sukcesowi operacji "Bodyguard" na Bałkanach zostało związanych 25 niemieckich dywizji, w Norwegii, Danii i Finlandii 27, w południowej Francji 11, do Włoch wysłano dodatkowe cztery.
Od stycznia do maja dzień w dzień tysiące alianckich samolotów atakowało cele w Europie zachodniej i południowej - kluczowe znaczenie dla sukcesu operacji "Neptun", kluczowej części operacji "Overlord", miało panowanie w powietrzu. Niemiecka Luftwaffe została rozbita w lutym podczas dramatycznej bitwy, trwającej tydzień próby odparcia całych hord alianckich samolotów. W połowie marca 1944 roku Alianci przystąpili do niszczenia infrastruktury w Francji, Belgii i Holandii. Średnio na trzy bomby zrzucone we Francji dwie spadają na region Pas-de-Calais, a co trzecia na Normandię i południową Francję, co jeszcze bardziej uświadomiło Niemcom, że inwazja nastąpi w regionie Cieśniny Kaletańskiej. Alianckie lotnictwo z furią obracało w ruinę kolejne miasta, lotniska, bazy wojskowe oraz inne cele w okupowanej Europie. Zdawało się, że naloty nie mają końca. W czasie nalotów od stycznia 1944 roku do końca maja alianci stracili 3000 samolotów. W tym czasie wykonali ponad 300 000 lotów bojowych, dzięki czemu całkowicie sparaliżowali infrastrukturę we Francji i rozbili lotnictwo niemieckie.
Na początku maja Eisenhower wraz z całym Naczelnym Dowództwem Alianckich Sił Ekspedycyjnych podjął decyzję, że desant nastąpi 4, 5, 6 lub 7 czerwca 1944 roku, jeśli pogoda dopisze. Tylko te dni były odpowiednie. Spadochroniarze potrzebowali pełni księżyca, żeby móc skutecznie działać, a odpływ umożliwiał przeprowadzenie desantu rano. Jeśli pogoda by się załamała, konsekwencje mogły być koszmarne dla Aliantów.
Pod koniec maja rozpoczęła się wstępna faza rozpoczęcia operacji "Overlord". Zaczęło się przewożenie ludzi i zaopatrzenia do rejonów załadunku w portach. Wielkim problemem stały się niezwykle przeciążone linię komunikacyjne, ale na szczęście transporty docierały na czas. Na każdej linii kolejowej w oczekiwaniu na dojazd na wybrzeże manewrowały długie pociągi z wojskiem, kolumny samochodów i czołgów blokowały wszystkie drogi w południowej Anglii. Niektóre konwoje miały po sto kilometrów długości. Każde miasteczko czy wieś leżąca na drodze prowadzącej do portów w południowej Anglii aż drżała od nieustanego korowodu przejeżdżających pojazdów. Ciche wiosenne noce w południowej Anglii rozbrzmiewały głuchym warkotem i klekotem czołgów oraz nietrudnych do rozpoznania głosów Amerykanów. Anglicy w barach nawet śmiali się, że trudniej jest przeje przez drogę którą przez 24 godziny jadą czołgi i samochody niż dostać Siudo Niemiec. Ludność cywilna dostała zakaz poruszania się po drogach pojazdami. Na niebie nieustannie latały myśliwce osłaniające koncentrację i załadunek wojsk w portach. Żaden niemiecki samolot nie zdołał przez okres maja i czerwca 1944 roku wtargnąć nad centralną i południową Anglię. Teraz siły wolnego świata czekały na decyzję jednego człowieka: Eisenhowera.
2 czerwca 1944 roku pierwsze okręty wyszły w morze. Plany inwazji pokrzyżowała jednak pogoda. Na kanale zerwał się sztorm, konwoje dostały rozkaz powrotu. Przez 24 godziny setki okrętów pływały w okolicy miejsc koncentracji czekając na rozkazy.
Tymczasem w sztabie Eisenhowera w Southwick Hall trwała goryczkowa narada. Okazało się, że lądowanie w Normandii trzeba przesunąć. Pułkownik James Stagg, meteorolog sztabu SHAEF-u poinformował na szczęście, że poprawa pogody nastąpi 6 czerwca. Eisenhower po pięciu minutach namysłu i rozmowie ze sztabowcami wydał rozkaz: D-DAY nastąpi 6 czerwca. Rozkaz został natychmiast przekazany do wszystkich jednostek lądowych, morskich, powietrznych i wywiadowczych. Największa flota w historii świata wyruszyła w morze, a w Anglii całe masy wojsk nadal zmierzały w stronę portów, czekając na powrót transportowców i rejs do Normandii. Na czele floty inwazyjnej płynęły trałowce, oczyszczające szlaki morskie z min. Za nimi płynęła cała potęga morska i lądowa aliantów. Ponad pięć tysięcy statków i okrętów, różnego typu nieubłaganie, szereg za szeregiem, nadciągało dziesięcioma kolumnami tworząc wielką ilość konwojów na froncie szerokości 20 mil. Były wśród nich nowocześnie oraz stare transportowce, frachtowce, małe liniowce transatlantyckie i parowce kursujące po kanale La Manche, promy, barki płaskodenne, okręty szpitalne, gigantyczne tankowce, wielka ilości holowników, kutrów torpedowych, ciężkie barki desantowe, stawiacze boi, łodzie motorowe, okręty gaśnicze itd. Nad statkami unosiły się dziesiątki balonów zaporowych. Osłonę zapewniało 21 krążowników, w tym tak sławne jednostki jak HMS Ajax, pogromca niemieckiego pancernika Graf Spee. W ciasnym szyku płynęły wielkie pancerniki brytyjskie: Nelson, Ramillies i Warspite oraz amerykańskie: Texas, Arkansas i wielki bohater US Navy Nevada, uznany przez Japończykowi za zatopiony, a do tego ponad 500 niszczycieli, kanonierek, fregat, korwet i ścigaczy okrętów podwodnych. Polska Marynarka Wojenna aktywnie uczestniczyła w operacji. Wsparcie siłom inwazyjnym zapewniały: lekki krążownik Dragon, niszczyciele Błyskawica i Piorun, niszczyciele eskortujące Krakowiak i Ślązak oraz okręty transportowe „Kmicic”, „Kordecki”, „Chorzów”, „Narew”, „Wilno”, „Katowice”, „Kraków” i „Poznań”.
Amerykańskie zgrupowanie prowadził okręt flagowy USS Augusta mający za sobą w krytycznym momencie tuż przed dopłynięciem do celu 21 konwojów płynących w kierunki plaż "Omaha" i "Utah". Brytyjsko-kanadyjskie zgrupowanie prowadził HMS Scylla, mający za sobą trzydzieści osiem konwojów zmierzających w kierunku plaż "Sword", "Juno", "Gold". Flota aliancka rozciągnięta była na długości ponad osiemdziesięciu mil. Gdy trałowce zbliżały Siudo Noramnii, z portów Anglii nadal wychodziły okręty z armią wyzwolicielską. Nad okrętami nieustannie krążyły na różnych wysokościach myśliwce oraz samoloty ZOP.
Tuż przed wyjściem w morze floty Eisenhower napisał krótką notatkę do wszystkich jednostek, w której zawarł przesłanie do żołnierzy: „Mamy zaszczyt brać udział w największej operacji lądowo-morskiej w historii. Będą z nami nadzieja i modlitwa wolnego świata oraz zniewolonych narodów Europy, wiec nie możemy ich zawieść”. Aliancki wywiad podjął kluczowe akcję w celu zmylenia strony przeciwnej, w eter zostały puszczone fałszywe informacje, agenci podstawieni przez MI5 informowali stronę niemiecką, że wojska Pattona kierują się w stronę portów w południowo-wschodniej Anglii.
Niemcy zostali całkowicie oszukani, ich systemy radarowe oraz zwiad lotniczy nie wykryły żadnych ruchów na kanale. W stan gotowości bojowej została jednak postawiona 15. Armia niemiecka oraz siły w Norwegii, Grecji i południowej Francji, ale nie 7. Armia która miała zostać zaatakowana o świcie 6 czerwca 1944 roku. Wywiad aliancki dokonał rzeczy wręcz nieprawdopodobnej, jego działania uratowały tysiące żołnierzy i skróciły wojnę. W historii wojskowości i wywiadów nie było chyba tak wielkiego sukcesu.
Wielka flota morska przebijała się przez wzburzony kanał prosto w stronę Normandii, nie napotykając ani jednej wrogiej jednostki. Wieczorem 5 czerwca na dwudziestu dwóch lotniskach w Anglii rozpoczynał się załadunek wojsk powietrznodesantowych na pokłady 1662 samolotów i 650 szybowców, zaczęło wsiadać 22 tys. żołnierzy. Amerykańskie 82. i 101. Dywizja Powietrznodesantowa miały za cel opanować kluczowe punkty za plażą "Utah". Brytyjska 6. Dywizja Powietrznodesantowa miała zając mosty na kanale i rzece Orne, zniszczyć mosty na rzece Dives oraz zająć i wysadzić w powietrze baterię dział w Merville. O północy nad wielką flotą morską płynącą w stronę Normandii zaczęły przelatywać wielkie ilości samolotów transportowych oraz bombowców holujących szybowce osłaniane przez nocne myśliwce. Ryk samolotów był ogromny, tysiące żołnierzy i marynarzy na okrętach wyszły na pokłady okrętów, by podziwiać powietrzną flotę niosąca do Normandii tysiące żołnierzy, którzy mieli otworzyć drogę dla pozostałych wojsk. Nikt na okrętach nie mógł wymówić słowa, widząc wokół, aż po horyzont, setki okrętów i samolotów zmierzających w jednym kierunku - na Normandię.
Kiedy ostatnie samoloty wyminęły flotę morską, na niebie pojawił się samolot migający alfabetem Morse'a i nadający trzy kropki i kreskę "V"; jak "Victory". Operacja "Neptun", kluczowa cześć operacji "Overlord", rozpoczęła się. Chwila na którą czekał cały wolny świat, stała się faktem. Alianckie wojska za kilkanaście minut miały uderzyć w bezlitosnym ataku w hitlerowską twierdzę Europa.
D-DAY
D-DAY (6 czerwca 1944) był nie tylko przełomowym dniem w historii II wojny światowej - otwarcie drugiego frontu w Europie oznaczało koniec przewagi militarnej III Rzeszy. To także data największej operacji desantowej w dziejach, operacji która została przygotowana przez narody miłujące wolność. Wybudowanymi wielkim nakładem sił i środków wał atlantycki nie był w stanie zatrzymać huraganowego uderzenia aliantów, dłużej niż kilka godzin.
Mieszkańcom Normandii wydawało się, że czeka ich koleiny dzień ciężkiego życia pod okupacją. Zegary w domach wybiły północ. W całej Normandii panowała cisza, niebo było lekko zachmurzone, a wiatr umiarkowany - wydawało się, że to będzie koleina zwykła noc dla Normandczyków. Wszystko to miało się zmienić w ciągu najbliższych minut. 10 minut po północy, nagle mieszkańcy wsi i miasteczek w Normandii zaczęli się budzić słysząc monotonny huk, który z każdą sekundą przybierał na sile. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza przygotowała się od otwarcia ognia. Dowódca 1 Samodzielnego Pułku Szturmowego Artylerii Przeciwlotniczej pułkownik Werner von Kistowski sądził, że to jest po prostu nalot, nie zdawał sobie sprawy, że w jego stronę leci na pokładzie samolotów oraz szybowców ponad 20 tyś. spadochroniarzy, a przez kanał przebija się największa flota wojenna w dziejach z 200 tysięczną armia na pokładzie.
Uderzenie dywizji powietrznodesantowych.
Dokładnie 16 minut po północy 6 czerwca 1944 roku z samolotów typu dakota wyskoczyli pathfinderzy - oddziały specjalne które miały oznaczyć miejsca lądowania na półwyspie Cotentine dla 82 i 101 Dywizji Powietrznodesantowej Stanów Zjednoczonych. Pięćdziesiąt mil na wschód w tym samym czasie z samolotów wyskoczyli brytyjscy pathfinderzy, którzy mieli za cel oznaczyć teren dla 6 Dywizji Powietrznodesantowej. Oddziały te lądowały w wielkim rozproszeniu, mimo wszystko udało się im wykonać wszystkie zaplanowane zadania. Choć z wielkim trudem i nieuniknionymi stratami oznakowali miejsca, na których miała lądować dywizję powietrznodesantowe.
Tuż za oddziałami brytyjskich pathfinderów lądowała Brytyjska 6. Dywizja Powietrznodesantowa gen. Gale'a. Dywizja ta miała za zadanie:
1. Wysadzić w powietrze pięć mostów na rzece Dives, odcinając tym samym niemiecka 21 Dywizie Pancerną od możliwości zaatakowania z flanki oddziałów desantowych na plaży "Sword".
2. Zdobyć i utrzymać mosty na kanale Caen i rzece Orne. Zajęcie i utrzymanie tych mostów było kluczowe dla przeprowadzenia ataku na Caen.
3. Zniszczyć baterie dział 155 mm w Merville, która zagrażały oddziałom brytyjskim lądującym na plaży Sword.
4. Opanować wzgórza na północny-wschód od Caen, które były kluczowe dla przeprowadzenia skutecznego ataku na Caen.
Pierwszym oddziałem brytyjskiej 6 DPD, który wylądował w Normandii był pułk „Ox and Bucks” majora Howarda. Oddział ten miał za zadanie uchwycić mosty obrotowy na kanale Caen oraz most na rzece Orne. Major Howarda zamierzał przeprowadzić zaskakujący i śmiały atak. Kompania D porucznik Brotheridge'a lądowała zaledwie 40 metrów od mostu. Obiekt ten musiały być przejęte w nieuszkodzonym stanie. Kolejnym zadaniem była ich obrona przed niemieckim kontratakiem. Szybowce wylądowały tuż obok 50 niemieckich wartowników, udało się im jednak uzyskać efekt zaskoczenia w natarciu. Niemieccy żołnierze nie zdawała sobie sprawy, że kilkadziesiąt metrów od nich znajduje się kompania piechoty spadochronowej wroga. Atak ludzi porucznika Brotheridgea był błyskawiczny oraz gwałtowny. Niemcy odpowiedzieli ogniem z karabinów maszynowych, oszołomieni wartownicy zaczęli strzelać na oślep. Brytyjskie natarcie trwało zaledwie 10 minut. Zaskoczeni obrońcy zostali wręcz zmasakrowani zuchwałym atakiem spadochroniarzy. Szeregowiec Brytyjskiej dywizji spadochronowej Wally Parr tak opisuje te chwile: "Rozpętało się piekło. Chłopcy czołgali się, rozwalali bunkry, inni już tam byli sortując broń i sortując ludzi. Potem wszyscy wbiegli na most". Niestety w tym szybkim ataku Brytyjczycy stracili dwóch ludzi w tym porucznika Brotheridge'a (pierwszy zabity żołnierz aliancki w D-DAY). W tym samym czasie toczyła się również krótka, ale gwałtowna walka o most na rzece Orne, nieopodal mostu Pegaza. Obydwa mosty zostały zdobyte przez bitnych spadochroniarzy nieuszkodzone w niemal jednoczesnym momencie. Pułk Howarda zaczęła się okopywać, spodziewając się w niedługim czasie silnych kontrataków nieprzyjaciela. Niedługo miało nadejść pierwsze wzmocnienie w postaci 7. Batalionu Spadochronowego. Tak skończyła się pierwsza kluczowa bitwa dnia "D", operacja "Overlord" rozpoczęła się.
O godzinie 0.50 miał się zacząć zrzut głównych sił 6. DPD. Zrzutowiska znajdowały się w okolicach trzech osad - Varaville, Ranville i Touffreville. Zadanie przed którym zostali postawieni spadochroniarze było karkołomne oraz niebezpieczne. Nawet w dzień w Anglii bez uzbrojenia spadochroniarze zawsze mieli potworne kłopoty z lądowaniem. Teraz lądowali pod ogniem obrony przeciwlotniczej w silnym wietrze na nieznanym terenie i w wielkim rozproszeniu. Mimo wszystko atak rozpoczął się zgodnie z planem. Nad Normandię sunęły dziesiątki transportowców oraz bombowców pełnych żołnierzy, amunicji oraz dział i lekkich pojazdów. Było to zadanie karkołomne ze względu na ograniczenia czasowe, które nawet podczas ćwiczeń w świetle dnia w Anglii powodowały trudności spadochroniarzom. Jeszcze w trakcie lotu zaczęły się kłopoty. Niespodziewanie zerwał się silny wiatr, a niektóre rejony lądowania przysłoniła mgła. Naprowadzające samoloty napotkały też zmasowany ogień przeciwlotniczy, który wywołał mnóstwo zamieszania wśród pilotów i ostatecznie doprowadził do rozproszenia eskadry samolotów. W efekcie cele i zrzutowiska zgubiono lub przeleciano, tym samym musząc dokonać dodatkowych kilku nalotów nad nie w gęstym ogniu artylerii plot. Wielu spadochroniarzy wraz ze sprzętem radiolokacyjnym spadło w złych miejscach, promień ich rozrzucenia było olbrzymi. Spadochroniarzy zostali rozrzuceni nad dużym obszarem. Stali się ofiarami pomyłek pilotów, nawigatorów, źle oznakowanych stref zrzutu i porywistym wiatrem oraz ogniem artylerii przeciwlotniczej. Tylko niektórym pododdziałom dopisało szczęście, inne natomiast zostały zrzucone wiele mil od stref zrzutu. Ogień przeciwlotniczy strącił wiele samolotów, co pociągnęło za sobą ofiar, gdyż w wielu przypadkach spadochroniarzom nie udało się na czas wyskoczyć z płonącej maszyny. W czasie kilkudziesięciu minut cały rzut spadochronowy znalazł się na ziemi. Rozproszono ich na terenie 50 mil kwadratowych. Ogólnie mówiąc zamieszanie było wielkie, siły zostały rozproszone, a dywizja sparaliżowana. Mimo wszystko jednostka ta zaatakowała i wysadziła 5 mostów na rzece Dives. Brytyjczycy w 100% wykonali pierwszą najważniejszą część sowiego zadania. Zdobywając mosty na rzece Orne i kanale Caen, Brytyjczycy zmusili 21 Dywizję Pancerną III Rzeszy do wielogodzinnego objazdu przez Caen, gdzie znajdował się najbliższy most. Jednak dzięki nalotom, ruch w mieście był sparaliżowany i dywizja ta nie mogła nic zrobić, aż do południa. Teraz brytyjskich spadochroniarzy czekała najtrudniejsza bitwa - natarcie na fortyfikacje w Merville. Znajdowały sie tam według wywiadu dział 155 mm, które były ulokowanych w bunkrach. Ich ogień mógł spowodować duże straty na plaży Sword, na której o 7:30 miała lądować Brytyjka 3. DP oraz oddziały specjalne. Zadanie zniszczenia tych fortyfikacji obsadzonych przez 200 żołnierzy przypadło 9. Batalionowi pułkownika Terrence'a Otwaya. Zadanie to było bardzo trudne, ponieważ for ten był otoczony drutami pod napięciem, polami minowymi, pasami zasieków oraz licznymi okopami z niemieckimi żołnierzami i bronią maszynową. Wydawało się, że fort jest nie do zdobycia, wkrótce miało się okazać, że nie ma rzeczy niemożliwych dla spadochroniarzy. Atak miało przeprowadzić ponad 700 żołnierzy wraz z sprzętem inżynieryjny; miotaczami ognia, minami do niszczenia zasieków "banglory", wykrywaczami min, moździerzami, działami przeciwpancernymi i innym sprzętem. Atak został poprzedzony zmasowanym nalotem 109 ciężkich bombowców RAF-u. Lancastery zrzuciły bomby o godz. 0.30. Nalot okazała się nie celny i nie wyrządził większych szkód obrońcom, mimo, że z nieba spadło 370 ton bomb. Przez rozproszenie pułkownik Ortway zebrał nieco ponad 150 ludzi, bez praktycznie ciężkiego sprzętu, jakie ma na wyposażeniu dywizja powietrznodesantowa. Wydawało się, że atak nie ma szans powodzenia, ale dzięki wielkiej improwizacji ludzie Otwey'a wybili sobie drogę w zasiekach i minach. O 4:30 Otwey dał rozkaz do ataku. Na dźwięk gwizdków i rozkazu dowódcy 150 ludzi ruszyło do ataku wydając przeraźliwe okrzyki, strzelając na oślep oraz rzucając granaty. Spadochroniarze wpadli pod silny ogień wroga, ale mimo to nadal nacierali. Walka trwała zaledwie 25 minut. Obrońcy albo zostali zabici albo uciekli. Spadochroniarze ponieśli przerażające straty, ale wygrali. Jak na złość działa miały kaliber 75 mm, a w dodatku były tak stare, że nie wydawało się by mogły w ogóle strzelać. Brytyjska 6. DPD wykonała to priorytetowe zadania. Teraz jej oddziały zaczęły się okopywać na zdobytych mostach, oraz wzgórzach. Brytyjczycy przez cały dzień odpierali lekkie zwiadowcze ataki niemieckie, ale utrzymali sowie pozycje.
Całkowicie inne zadania mieli żołnierze amerykańskiej 82 i 101 dywizji.
Głównym celem 101 dywizji powietrznodesantowej było:
1. Uchwycenie grobli łączących się z plażą "Utah".
2. Opanowanie oraz zablokowanie drogi biegnącej od Montebourg do Carentan.
3. Zniszczenie baterii dział w Saint-Martin-de-Verreville, za plażą "Utah".
Natomiast głównym celem 82 dywizji powietrznodesantowej było:
1. Opanowanie przepraw na rzece Merderet.
2. Opanowanie Sant Mere Eglise.
3. Osłona tego regionu przed atakiem niemieckim z północy i zachodu.
Oprócz tego oddziały te miały również pełnić funkcje zwiadowczą, paraliżować komunikację za niemieckimi liniami oraz przygotować lądowiska dla szybowców, w których miała przylecieć artyleria przeciwpancerna oraz zaopatrzenie i posiłki. Oprócz tego musieli przygotować teren dla wieczornego rzutu szybowców.
882 samolotów wiozło na swoich pokładach 13 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Strefa lądowania tych dwóch dywizji była podzielona na 6 sektorów, wszystkie znajdowały się w promieniu kilku mil od Saint Mere Eglise. Gdy formacie samolotów zaczęły wlatywać od zachodu nad ląd Niemcy otworzyli zmasowany ogień przeciwlotniczy. W tym samym czasie mieszkańcy Sant Mere Eglise gasili pożar domu w centrum miasteczka. Nie spodziewali się, że to jest początek inwazji. Wszystko zmieniło się, gdy usłyszeli narastający dźwięk samolotów, który w pewnym momencie przerodził się w ryk nie do wytrzymania dla uszów. Wtedy oczom mieszkańców ukazały się na niebie wielkie białe czachy spadochronów. Ponieważ to miasto znajdowało się w samym środku miedzy strefami lądowania spadochroniarzy i tutaj zaczęli opadać żołnierze amerykańscy. Dla niektórych okazało się to zgubnym zbiegiem okoliczności. W sam środek piekła wpadli niektórzy żołnierze 505 Pułku Piechoty Spadochronowej 82 DPD. Żołnierze lądowali w samym środku miasta, jeden wpadł w płonący dom, a szeregowy John Steele zawisł na wieży kościelnej (do dziś wisi tam kukła spadochroniarza). Na ziemi rozpętało się prawdziwe piekło. Niemcy mordowali wszystkich spadochroniarzy, którzy zawiśli na drzewach i nie zdążyli się uwolnić z spadochronu. Jak relacjonowali naoczni obserwatorzy, Niemcy zaczęli zachowywać się jak szaleni, zdawało się im zapewne, że ta mieścina jest głównym celem tego ataku. Amerykanów zaskoczył tłum ludzi na ulicach tego miasta. Zapanował chaos. Gdyby nie dramatyzm sytuacji można by to uznać za komedie pomyłek. W tłumie ludzi podających sobie z rak do rąk wiadra wody, pojawiał się, a to Niemiec, który pokazywał wymowni, że "Jankesi kaputt", a to Amerykanin, który po angielsku usiłował się dopytać, gdzie jest środek miasta i gdzie są Niemcy. W końcu Niemcy zapanowali nad sytuacja, wygnali ludność cywilną z miasta i zaczęli się umacniać. Jednak i tak przed 5 rano całe miasto i okolice były pod kontrolą amerykanów. Pierwsze miasto Francji zostawało wyzwolone, a nad kopułą kościoła załopotała amerykańska flaga. Tak jak i w strefie brytyjskiej tak i tutaj amerykanie lądowali w wielkim rozproszeniu. Do tego częściowo zatopione tereny, pola minowe, zapory przeciwinwazyjne oraz żywopłoty wprowadziły jeszcze większy chaos w liniach amerykańskich i utrudniły działania spadochroniarzy.
Mimo, że amerykanów w tym regionie było 13 tysięcy, należy pamiętać, że Niemcy mogli w jednej chwili rzucić do walki około 40 tysięcy żołnierzy z 709 i 243 Dywizji Piechoty, jak i 91 Dywizji Transportu Powietrznego, elitarnego 6 Pułku Strzelców Spadochronowych oraz służb pomocniczych z Cherbourga. Dywizje powietrznodesantowe miały na tym silnie bronionym terenie uchwycić przyczółek desantu powietrznego, stworzyć pas obrony od regionu plaży "Utah" daleko na zachód w poprzek nasady półwyspu. Na mapach przyczółek ten wyglądał jak odcisk stopy z małymi palcami leżącymi wzdłuż wybrzeża, dużym palcem na śluzach la Barquette na północ od Carentan i pietą za bagnami Merderet i Douve, na zachód do pierwszej z tych rzek. Był to wielki obszar, który miał być zajęty w ciągu 5 godzin. Amerykanom nie wiodło się od samego początku. Zrzut w dniu D okazał się katastrofalny; na skutek gęstego, lecz w większości nieskutecznego ostrzału przeciwlotniczego grupy samolotów transportowych rozproszyły się, większość zrzutów dokonywana była przypadkowo i z różnych pułapów. 82. DPD straciła 60% sprzętu oraz całkowicie wymierzała się z 101. DPD. Do końca dnia pod komendą 101. DPD znalazło się 37% żołnierzy trochę lepiej wyglądała sytuacja w 82. DPD. Dywizja ta zahartowana w bojach w Afryce i Włoszech szybko się zorganizował i z zaciekłością zaatakowała wszystkie wyznaczone cele. Mimo wielkiego rozproszenia udało się zabezpieczyć dwie groble. Baterie artylerii mające zostać zniszczone przez 502. Batalion 101.DPD. zostały wcześniej zniszczone na skutek bombardowań. Pojedynczym oddziałom udało się szybko opanować wyjście numer 3, a grupa pod dowództwem dowódcy 3. batalionu 101. DPD. podpułkownika Cola opanowała wylot wyjścia nr. 4. nawiązując walkę z Niemcami wycofującymi się z plaży. Oddział Cole'a zabił kilkudziesięciu Niemców. 101. DPD. nie udało się zdobyć mostów na Douve. Za to jedynie kilkunastu ludzi z kompanii E pod dowództwem kapitana Wintersa zniszczyło baterie artylerii w Brecaourt niedaleko Grand Chemin. Amerykańskie dywizie chociaż, że nie wykonały wszystkich zadań w 100% to jednak wszystkie pierwszorzędne cele zostały opanowane. Niemcy byli ostrzeliwani w całej Normandii przez grupy spadochroniarzy, łączność została przerwana, naziści nie wiedzieli co się właściwie dzieje, a w niektórych oddziałach pojawiły się pierwsze oznaki paniki. Jeszcze większe zamieszanie panowało w dowództwie 7. Armii. W sztabie zapanowała swego rodzaju panika, nikt nie wiedział co się dzieje, docierały dziwne komunikaty, z wieloma jednostkami nie było kontaktu, a do tego wiele jednostek nie miało dowódców, ponieważ wyjechali wieczorem 5 czerwca na ćwiczenia sztabowe do Reannes. Dopiero o godzinie 2:11 dotarła oficjalna i potwierdzona informacja, że wokół Breville i Ranville wylądowali spadochroniarze. Piec minut później 7. Armia została postawiona w stan najwyższej gotowości. Generał Friedrich Dollman został obudzony i poinformowany o zaistniałej sytuacji. Jednak działania 7. Armii były już zbyt spóźnione i żołnierze nie mogli już skutecznie odpowiedzieć na inwazję, w rekach aliantów znajdowało się większość kluczowych celów, świt się zbliżał, a wraz z nim nieunikniony atak potężnego lotnictwa alianckiego. Alianccy spadochroniarze opanowali flanki przyszłego pola bitwy, sparaliżowali niemieckie wojska, zakłócili łączność, otworzyli drogę dla sił inwazyjnych oraz odciągnęli część oddziałów od plaż w głąb lądu i je rozproszyli. Pierwsza bitwa została wygrana, teraz nadszedł czas ataku z morza.
Uderzenie z morza.
Na wodach kanału olbrzymia flota inwazyjna zbliżała się ostrożnie do wybrzeży Normandii. Prawie 6 tyś. okrętów i statków przewoziło ponad 160 tyś. żołnierzy, tysiące ton zaopatrzenia, dział, samochodów i czołgów. Mimo tak wielkich rozmiarów oraz złych warunków meteorologicznych flota bez problemów pokonuje kanał, nie tracąc ani jedne jednostki. Alianci spodziewali się ataków lotniczych i morskich ze strony wojsk III Rzeszy, nad okrętami krążyło pełno myśliwców, a załogi na okrętach były gotowe do walki z wrogiem. Wszystkie stanowiska zostały obsadzone, nie było ani jednego działa, czy karabinu przeciwlotniczego, który niebyły gotowy do strzału. Jednak Niemcy nic nie wiedzieli, że cokolwiek dziej się na kanale. Sztab Grupy Armii B został poinformowany tylko, że zarejestrowano normalny ruch okrętów na morzu, a radary nic nie wykryły. Dopiero o godzinie 3:40 stacje nasłuchowe w Cherbourgu wykryły za pomocą aparatów nasłuchowych i radarów okręty w Zatoce Sekwańskiej. Niemcy zostali całkowicie zaskoczeni na całej linii od pojedynczych żołnierzy, aż do najwyższych władz. Nikt nie wierzył, że alianci przeprowadzą atak w takich warunkach atmosferycznych. Większość jednostek nie miał dowódców, straciła łączność z sąsiednimi oddziałami, nawet Erwin Rommel był w Niemczech. Aliancka operacja wywiadowcza powiodła się lepiej, niż się spodziewano.
W tym samym czasie w całej Normandii lądowały koleinę posiłki dla spadochroniarzy, w szybowcach przewieziono broń przeciwpancerną, jeepy, amunicje, sanitariuszy, szpital polowy, radiostacje, bazooki, buldożer oraz co ciekawe czołgi A17 "Tetrarch" w strefie brytyjskiej. Żołnierze spodziewali się, że będą lądować w gradzie kul i pocisków, a na lądowiskach panowała cisza, tylko w oddali słychać było odgłos walki, jaką toczyły czołowe oddziały powietrznodesantowe. Zdążały się przypadki, że żołnierze wyskakiwali z szybowców i natychmiast wpadali w jakieś zagłębienia by uchronić się przed ewentualnym ostrzałem, a na zewnątrz panował spokój.
Ciekawa jest historia majora Werner Pluskat, który był dowódcą baterii dział na plaży "Omaha". Po nocnych wydarzeniach udał się do bunkra obserwacyjnego i co chwile spoglądał przez wielkie lornety w stronę morza. Za każdym razem nic nie widział oprócz mgły oraz spokojnego morza. W końcu nie mając informacji od sztabu uznał, że to był fałszywy alarm i postanowił wrócić do domu. Jednak tuż przed wyjściem jeszcze raz rozejrzał się po zatoce przez lornetki, właśnie zaczęło wschodzić słońce. Powoli obracał ją w lewo, przepatrując morze. Nagle ją zatrzymał, skierowała na środek zatoki i aż stężał cały, wytrzeszczając oczy. W rzednącej mgle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki horyzont zapełnił się okrętami - różnej wielkości i rożnych typowa. Była to jakaś upiorna armada, która w niewytłumaczony sposób pojawiła się znikąd. Pluskat wpatrywał się w nią z mrożącym krew w żyłach niedowierzaniem. Jak sam powiedział, czuł z cała pewnością i na zimno, że "To już koniec Niemiec". Odwrócił się do swoich podwładnych i powiedział "To inwazja. Zobaczcie sami". następnie zadzwonił do sztabu 352. DP i powiedział "To jest inwazje. Tam musi być z dziesięć tysięcy okrętów". sztabowiec major Block który odebrał ten telefon odpowiedział mu "Wolne żarty, Amerykanie i Brytyjczycy nie maja tyle okrętów, nikt tyle nie ma." Pluskat na to odrzekł ze wściekłością "Jeśli nie wierzysz, to przyjdź tu i sam zobacz. To fantastyczne! Nieprawdopodobne". Na chwile zapadła cisza, po czym odesłał się Block "W którą stronę płyną te okręty". Pluskat odpowiedział z przerażeniem "Prosto na mnie". Operacja "Neptun" rozpoczęła się. Chwila, na którą czekał cały wolny świat stał się rzeczywistością, rozpoczęło się największe natarcie alianckie w historii. Siły Alianckie zostały spuszczone z smyczy i już za kilka minut miały z wściekłością, cała sowią potęgą uderzyć frontalnie na wał atlantycki. Jak później mówili obrońcy wału, widząc cała potęgę morska aliantów, aż im "Serca przestały bić, a żołądki podeszły do gardła". Widok musiał być niesamowity, fantastyczny i prawdopodobnie już niepowtarzalny.
Nigdy nie było takiego świtu. Przed pięcioma plażami rozlokowało się prawie 6000 jednostek pływających. Morza, aż kipiało od pływających okrętów. Ryk silników niósł się kilometrami. Na dziesiątkach okrętów tłoczyli się żołnierze próbując wsiąść do barek desantowych. Na wszystkich okrętach oficerowie kończyli mowy motywacyjne do żołnierzy jak np. "Walczcie, żeby wyjść na brzeg, walczcie, żeby ocalić nasze okręty, a jeśli brakuje wam sił, walczcie o własne życie", "Umrzemy na piaskach naszej ukochanej Francji, ale się nie cofniemy" lub " Dwudziesta dziewiąta - naprzód". W tym samym czasie gdy barki desantowe zapełniały się żołnierzami ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady oraz Francji flota brytyjska rozpoczęła o godzinie 5:30 ostrzał z morza, dwadzieścia minut później amerykańskie zgrupowania dołączyły do tej kanonady. Ponad 600 okrętów wojennych rozpoczęło ostrzeliwanie niemieckich umocnień z broni ciężkiej. Każdy okręt miał wyznaczone cele. Niemcy nie wiedzieli gdzie nastąpi inwazji, teraz okręty stojące u wybrzeży Normandii udzieliły ogłuszającej odpowiedzi na to pytanię. Od północnych krańców plaży "Utah", aż do ujścia Sekwany zaczął padać grad pocisków. Pancerniki strzelały potężnymi salwami pocisków, krążowniki nieustanie raz za razem oddawały serie strzałów z wszystkich swoich dział. Na Pointe du Hoc spadło w ciągu 20 minut 650 pocisków z ciężkich dział okrętowych. Gdy duże okręty oddawały strzały z większej odległości, niszczyciele podpłynęły na mile może dwie lub trzy od brzegu i zasypywały pociskami niemieckie bunkry oraz pozycję. W niektórych przypadkach ogień na wprost został otwarty z ... broni przeciwlotniczej. Marynarka wszelkimi sposobami chciała oczyścić drogę wojskom lądowym. Huk całej tej kanonady był tak potężny, że niektórym po prostu pękały bębenki w uszach. Marynarze cały czas polewali działa wodą w celu ich schłodzenia, szybkostrzelność niektórych jednostek była wręcz niewiarygodna. Niektórzy światkowi tacy jak sierżant Regis McColskey opowiadali, że zdawało się im, iż z luf dział nie ustanie wylatują pociski bez chwili przerwy.
Gdy trwała morska huraganowa i wściekła kanonada oczom żołnierzy ukazał się nowy widok, a po chwili dotarł do nich nowy dziwek, ryk silników samolotów. Huk dział i samolotów stał się niemal potworny. Na niebie w wielkich formacjach pojawiła się prawie cała 8 i 9 Armia Powietrzna oraz inne jednostki. 9 tyś. samolotów zaatakowało wał atlantycki nie zważając na ostrzał z morza. Myśliwce oraz samoloty szturmowe atakowały wrogie pozycje zasypując je rakietami, bombami i gradem pocisków, w tym samym czasie bombowce taktyczne pozbyły się swoich ładunków, po chwili bombowce strategiczne opróżniły komory bombowe. Na pozycje niemieckie spadło ponad 11 tyś. ton bomb. Nieustany ostrzał z morza oraz zażarte ataki lotnictwa wzbudziły wielka radość u żołnierzy. Na wielu okrętach żołnierze płakali i wiwatowali widząc ten pogrom. Zdawało się, że nikt tego piekła nie może przetrwać. O godzinie 6:00 padł rozkaz "Wszystkie łodzie-w drogę", a potem "Ojcze nasz, którą jest w niebie...". Barki desantowe z wojskami amerykańskimi ruszyły w stronę plaż, w tym samym momencie barki rakietowa otworzyły ogień zasypując plaże gradem rakiet. Barki desantowe nacierały z pełna prędkością w stronę plaż "Utah" i "Omaha". Do tego komandosi z 2 batalion Rangersów nacierali na Pointe-du-Hoc. Wraz z pędzącymi barkami desantowymi, natężenie ostrzału z morza zwiększyło się, a ataki samolotów myśliwsko-bombowych przybrały na sile. Gdy barki były już w odległości 2-3 mil od plaż, aliancka flota skierowała ogień w głąb lądu prując zniszczyć wrogie pozycje za plażą oraz artylerie. Niemcy nie odpuszczali i też prowadzili ostrzał w niektórych miejscach. Miedzy okrętami a artylerią nadbrzeżną wywiązała się zaciekła walka, alianci ponieśli pierwsze straty, ale dość szybko zneutralizowali większość zagrożeń. W wyniku walki z artylerią wroga oraz wrogimi trzema kutrami torpedowymi zatonęły dwa niszczyciele, kilka okrętów było uszkodzonych. Gdy barki desantowe znalazły się mniej niż mile od brzegu przywitał je ogień z niemieckich dział i moździerzy, które nie zostały zniszczone. Raz za razem któraś barka została trafiona lub też wpadała na minę. Z pierwszej fali natarcia Niemcy zatopili przed plażą "Omaha" dziesięć barek, a przed plażą "Utah" siedem. O godzinie 6:30 na plażach "Omaha" i "Utah" wylądowały pierwsze oddziały piechoty oraz szturmowe grupy saperów. Wybiła godzina "H" dnia "D".
Plaża "Utah"
O godzinie 6:20 na plaży "Utah" osłoniętej lekkimi wydmami wylądowała przedwcześnie pierwsze oddziały szturmowe saperów. Po dziesięciu minutach na plażach pojawiły się pierwsze oddziały 4. DP. W pierwszym rzucie wraz z żołnierzami wylądował generał Theodore Roosevelt, syn prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wraz z żołnierzami na brzeg wjechały pływające czołgi Sherman DD, a po kilku minutach z barek płaskodennych zaczęły zjeżdżać koleinę czołgi oraz transportery opancerzone. Gwałtowny ostrzał, silne uderzenie oddziałów piechoty wraz z jednoczesnym pojawieniem się czołgów oraz kolejnych samolotów szybko złamało opór oddziałów broniących się na wybrzeżu. 4. DP lądowała pod osłoną artylerii okrętowej. Wszystko przebiegało sprawnie i szybko, jak na ćwiczeniach. Straty były minimalne, a oddziały szybko przemieszczały się w głąb lądu. Jednak już po kilku minutach od lądowania generał T.Roosevelt zorientował się, że wylądowali nie w tym miejscu, w którym planowali. Eksperci twierdzili, że desant jest niemożliwe w tym miejscu ze względu na płytką wodę. Była to jednak szczęśliwa pomyłka, tam gdzie mieli lądować opór wroga byłby znacznie większy. Mimo wszystko, żołnierze błyskawicznie dotarli do pierwszej grobli kontrolowanej przez spadochroniarzy, godzinę później została otwarta droga przez drugą groble. Strumień amerykańskich pojazdów i czołgów podążał w głąb lądu niszcząc każdy napotkany opór wroga. Do godziny 11:00 oddziały weszły na ok. 7 km w głąb lądu w tym samym czasie piechota i czołgi dotarły do trzeciej grobli. Do południa na brzegu znalazło się ponad 15 tyś. żołnierzy oraz masa sprzętu. Generał Theodore Roosevelt za podjęte tego dnia tak udanych decyzji dostał uhonorowany pośmiertnie medalem honoru (w nocy z 6 na 7 czerwca 1944 roku zmarł na zawał serca). Tego dnia 4. DP odniosła największe zwycięstwo w sowiej historii. Parła nieprzerwanie, aż do późnego wieczoru w głąb wrogich pozycji. Połączyła się z 82. i 101. DPD, przejęła kontrole nad wszystkimi opanowanymi przez spadochroniarzami celami i opanowała wielki przyczółek. Poniosła również stosunkowo nieduże straty wynoszące 197 zabitych, z czego 60 żołnierzy zginęło na morzu.
Plaża "Omaha"
Amerykańscy żołnierze walczący na tej plaży przeszli koszmar, stoczyli najbardziej krwawą bitwę tego dnia. Planiści alianccy zdawali sobie sprawę, że 1. i 29. Dywizja Piechoty ma przed sobą trudne zadanie, ale nie przewidzieli tego, że plaży tej będzie bronić 8 batalionów 352. DP, a nie 4 bataliony 716. DP inaczej też nazywaną dywizją forteczną. Plaża ta była wąska, zakończona na bokach klifami oraz falochronem. Już sam początek ataku był nieudany, część barek desantowych zatonęła na ponad 20 kilometrowym podejściu do plaży. Alianckie oddziały według wstępnych planów miały lądować na 6 sektorach. 1. DP na wschodnich dwóch sektorach plaży "Esy Red" oraz "Fox Green", pierwszym oddziałem uderzeniowym był 16. Pułk Piechoty (najbardziej doświadczony oddział w całej operacji), tuż po nim miał desantować się 18. Pułk Piechoty. Natomiast 29. DP miała uderzyć na zachodniej część w sektorach "Dog Green" , "Dog White" , "Dog Red" oraz na "Easy Green". Tutaj pierwszym oddziałem uderzeniowym był 116. Pułk Piechoty i zaraz za nim 115. Pułk Piechoty. Wraz z tymi oddziałami lądowały też szturmowe oddziały saperów, elita wojsk inżynieryjnych. Następnie za tymi oddziałami miały lądować sztaby tych jednostek oraz oddziały wsparcia i zabezpieczenia medycznego jak i również logistycznego i co ważne koleinę oddziały liniowe.
Wstępny plan tak samo jak na plaży "Utah" zakładał desant falowy połączony z desantem czołgów, wraz z pierwszą falą desantu miało pojawić się ponad 90 czołgów Sherman DD oraz desantowanych bezpośredni z barek LCT. W przeciwieństwie do plaży "Utah" desant czołgów na plaży "Omaha" zakończył się katastrofą. Część barek LCT pomyliło kursy, jedna wyleciała w powietrze na minie, część czołgów DD zatonęła, a te które pojawiły się na plaży wpadły w ogień niemieckich dział PaK 43 z 88 milimetrową armatą. Wrota pierwszych barek desantowych otworzyły się o godzinie 7:00. Amerykanów przywitał huraganowy ogień z karabinów maszynowych oraz moździerzy. Plaża na szerokości od 200 do 350 metrów i długości 7 km zapełniła się zabitymi i rannymi żołnierzami. Koleinę fale desantu pogłębiał jeszcze chaos. Straty rosły w zastraszającym tępię, a oddziały zostały przygwożdżone do ziemi ogniem wojsk niemieckich. O godzinie 8:30 przerwano desant kolejnych oddziałów, ponieważ plaża była zapchana żołnierzami. Na pokładzie USS "Augusta" okrętu flagowego amerykańskiego zgrupowania transportującego 1. Armie USA rozgorzała nerwowa dyskusja. W trakcie tej narady rozważano możliwość odwrotu z plaży "Omaha" i wysadzenia reszty wojsk na plaże "Utah". Jednak sztabowcy podjęli inną decyzję, wydano rozkaz, żeby flota otworzyła ogień artyleryjski i rozbiła niemieckie pozycje. Amerykańskie niszczyciele podpłynął jak najbliżej mogły plaży i otworzyły gwałtowny ogień artyleryjski na wprost w niemieckie bunkry i umocnienia. Do tej nawały ognia przyłączyły się też krążowniki i pancernik. Kanonada trwała bez przerwy 4 godziny. Pod osłoną tego potężnego wsparcia generał Norman Cota, prawdziwy bohater i najodważniejszy człowiek w dniu "D" zorganizował ostateczny szturm. Wydał rozkaz "Na plaży zostają tylko nie żywi i konający, reszta za mną". Żołnierze wysadzili w powietrze zaporę przeciwczołgową i ruszyli o godzinie 10:30 do natarcia. Nie oglądając się na straty parli do przodu niszcząc każdy punkt oporu, zabijając prawie wszystkich Niemców. Żołnierze wraz z coraz gwałtowniejszym ogniem niszczycieli wdzierali się w głąb pozycji niemieckich. O godzinie 11:00 wznowiono wyładunek sprzętu, saperzy w heroiczny sposób oczyszczali plaże z min oraz przeszkód antyinwazyjnych. O godzinie 13:30 z plaży "Omaha" do generała Bradleya dotarł meldunek "Oddziały przygwożdżone uprzednio do ziemi na plaży nacierają dalej po zdobyciu wzgórz za plażą". Ciężkie walki z plaży przeniosły się na pobliskie wsie oraz pola i lasy. Alianci nieustanie rzucali do walki nowe oddziały, pod koniec dnia wdarli się na ponad 2-3 kilometry w głąb lądu. Z trudem broniąc tego przyczółka przez noc i następny dzień. Straty amerykańskie na tej plaży były wręcz przerażające i wyniosły 800 zabitych i zaginionych oraz 1700 rannych.
Pointe du Hoc
Według doniesień wywiadu właśnie w tym miejscu na 30-metrowym klifie miała znajdować się bateria armat kalibru większego niż 100 mm oraz punkt koordynacji ognia artyleryjskiego na plaże "Utah" i "Omaha". Jednym sposobem dostanie się do tych instalacji była wspinaczka po pionowym klifie. Plan zdobycia tego fortu zakładał, że barki desantowe wystrzelą rakiety z przyczepionymi linami oraz na plaże dotrą specjalne drabiny strażackie. Plan ten zakładał również, że zaraz po 2. Batalionie Rangersów na plaże zostaną zrzuceni Rangersi z 5. Batalionu. Zgodnie z rozkazem dowództwa postanowiono, że jeśli do 7 rano nie będzie sygnału od 2 batalionu, wystrzelonej rakiety dymnej to 5. Batalion ma desantować się na plaży "Omaha" i ruszyć drogą lądową w stronę tego fortu. 2. Batalion zaatakował z opóźnieniem o godzinie 6:45. 225 ludzi ruszyło do wściekłego ataku. Barki desantowe raz za razem wystrzeliwały rakiety z linami, żołnierze rozkładali drabiny oraz wyładowywali amunicje z barek. W szczyt urwiska nieustanie uderzały pociski z niszczycieli HMS "Talybont" i USS "Satterlee". Okręty prowadziły ogień ze wszystkich dział artylerii głównej oraz przeciwlotniczej. Żołnierze u podnóża klifu byli zasypywani całymi tonami piachu i kamieni. Rangersi wspinali się po linach do góry, co chwile jednak któraś z lin była odcinana przez Niemców, a żołnierze spadali. Rangersi wspinali się też po dwóch wysuwanych drabinach strażackich z wielką furią ostrzeliwując czubek klifu. Część żołnierzy nie czekała na wolne miejsce przy linie i za pomocą bagnetów, saperek oraz gołych rąk wspinała się po klifie. Niemcy cały czas strzelali i rzucali granaty, ale Rangersi walczyli zaciekle i nadal się wspinali. Gdy pierwsi żołnierze znaleźli się na górze natychmiast otworzyli ogień i zaczęli od okopu do okopu przemieszczać się. Opór Niemców nie trwał długo, Amerykanie szybko opanowali teren. Ku ich zdziwieniu okazało się, że nie ma tam żadnych dział. Dopiero po dwóch godzinach zwiadowcy donieśli, że znajdują się mile w głębi lądu i są niepilnowane. Niemcy nie zdążyli ich umieścić w bunkrach. Działa zostały wysadzone w powietrze wraz z amunicja, a żołnierze okopali się i czekali na odsiecz z plaży "Omaha". Do końca dnia "D" z 225 żołnierzy gotowych do wali pozostało zaledwie 90 bitnych Rangersów. Przez długi czas odpierali liczne niemieckie kontrataki, stawiali bohaterski opór. Dopiero po wielu godzinach oddziały z plaży "Omaha" dotarły do Pointe du Hoc. Rangersi pokazali w tej walce, że nie ma żadnego innego oddziału, który byłby tak samo bitny, agresywny oraz wytrwały jak 2. Batalion Rangersów. Zwycięstwo to okupili jednak wielkimi stratami.
Plaże "Gold","Juno" i "Sword"
Gdy 1. Armia Stanów Zjednoczonych pod dowództwem generała Bredleya walczyła już w swoich sektorach, 2 Armia Brytyjska generała Dempseya dopiero przygotowywała się do ostatniego i największego tego dnia uderzenia z morza. Oddziały brytyjskie i kanadyjskie miały lądować na prawie nie przerwanym ciągu trzech plaż "Gold" , "Juno" i "Sword" o długości ponad 25 kilometrów. 2. Armia uderzyła ok. 90 minut później niż 1. Armia. Było to spowodowane koniecznością czekania na przypływ po to, żeby barki nie utknęły na mieliznach. 2. Armia atakowała siłami, aż trzech dywizji oraz kilkoma oddziałami specjalnymi. Tak silny desant był konieczny ze względu na to, że zamierzano jak najszybciej zdobyć Caen. Plany zakładały, że pierwsze uderzenie zada tak duże straty Niemcom, iż koleinę rzuty podtrzymają tempo natarcia i Caen zostanie wzięte wieczorem 6 czerwca 1944 roku. O godzinie 7:35 elitarne uderzeniowe oddziały saperów oraz płetwonurkowie wkroczyli na plaż "Gold", gdzie trafili na silny opór. Po kilku minutach 47. Komando Piechoty Morskiej po chwili przystąpiło do frontowego ataku. Do tego jeszcze brytyjskie okręty wojenne otworzyły ogień osłonowy widząc zaistniałą sytuację. Sprawność oraz zawziętość wojsk desantowych pierwszego rzutu spowodowała to, że szybko opór został jednak zlikwidowany, część umocnień została również ominięta, a punkty oporu otoczone i gnębione ogniem z miotaczy płomieni i karabinów maszynowych. Brytyjczycy mieli wiele kłopotów z zaporami antyinwazyjnymi, ale saperzy i marynarze szybko oczyścili sobie drogę i koleinę oddziały zaczęły lądować na tej plaży falami. 50. DP omijając punkty oporu parła na przód starając się jak najszybciej dotrzeć do miasta Bayeux. Brytyjczycy wiedzieli, co się dzieje na plaży "Omaha" i za wszelką cenę chcieli zablokować drogę z Caen do Bayeux, dzięki czemu mogli odciążyć siły amerykańskie. Brytyjskie wojska wdarły się na głębokość 6-7 kilometrów w głąb lądu i dopiero tam natarcie zaczęło zwalniać, ponieważ natrafiło na silne linie obrony niemieckiej 716. DP. 50. DP przeprowadziła też bezpośredni atak w stronę plaży "Omaha". Odziały pancerne wsparte piechotą dotarły po południu na odległość 2 kilometrów od wsi Sainte-Honorine, do którego od zachodu i południa zbliżała się 1. DP Stanów Zjednoczonych.
O godzinie 7:55 rozpoczął się desant Kanadyjskiej 3. DP na plaży "Juno". Natarcie kanadyjskie poprzedził atak 48. Komanda Piechoty Morskiej, które miało opanować kluczowe cele na plażach. Tak jak na plaży "Gold" opór niemiecki był lokalnie silny, a główna przeszkodą w szybkim desancie stanowiły przeszkody antyinwazyjne. Kanadyjska 3. DP już po trzydziestu minutach walk, otworzyła sobie wraz z komandosami drogę w głąb lądu. Duży w tym udział miało 8 czołgów Sherman DD które ogniem z własnych dział rozbijały punkty obrony. Duża część obrońców również podawał się, ponieważ były to oddziały złożone z batalionów wschodnich. Taka samo jak wojska na plaży "Gold" koleinę rzut omijały punkty oporu wroga które się nie podały, a pierwszy je izolował a potem dopiero neutralizował, mimo wszystko doszło do ciężkich walk w tym również do walki wręcz. Wśród wojsk alianckich zaczęła krążyć plotka o niezwykłej bitności Kanadyjczyków, które miały stoczyć szereg walk w ręcz w zbożach. Większość wojsk kanadyjskich nacierała w stronę drogi Caen-Bayeux w celu jej zablokowania. Gdy główne kanadyjskie natarcie zmierzało na południe, to część oddziałów wraz z 48. Komandem komandosów zmierzało na wschód wzdłuż wybrzeża w celu połączenia się z żołnierzami lądującymi na plaży "Sword". Odległość miedzy wschodnim krańcem plaży "Juno", a zachodnim krańcem plaży "Sword" wynosiła prawie 6 kilometrów. Jednak już po przebyciu jednej mili komandosi napotkali silny niemiecki opór we wsi Langrune. Komandosi prowadzili ciężkie walki o każdy dom i każdy budynek. Jednak pozbawieni wsparcia pancernego (wszystkie czołgi nacierały na południe) nie dali rady opanować miast i zalegli pod ogniem niemieckim. Kanadyjczycy do końca dnia zajęli Benville, Reviiers, Ambline oraz Creuilly. Czołgi z 9. Brygady Pancernej wdarły się ponad 10 kilometrów w głąb lądu i tak samo jak 50. DP Wielkie Brytanii zatrzymała wojska niemieckie jadące w stronę plaży "Omaha" drogą Caen-Bayeux. Brytyjska 50. DP i kanadyjska 3. DP oraz kolejne oddziały stworzyły przyczółek o długości 20 kilometrów i głębokości od 10 do 12 kilometrów. Nie udało się jednak im opanować do końca dnia 4 kilometrowego korytarza miedzy plażą "Juno", a plażą "Sword". Jednak dzięki przewadze ogniowej oraz panowaniu w powietrzu niemiecki 192. Pułku Grenadierów Pancernych, który dotarł do wybrzeża miedzy plażami "Sword" a "Juno" został właściwie rozbity. Niemcy nie zdążyli wykorzystać okazji, jaka dawała im ta 4 kilometrowa luka miedzy sektorami alianckimi. Niemcy mieli możliwość sparaliżować desant na plażach "Juno" oraz "Sword", jednak przez dużą dezorganizacje tej jednostki po wykonaniu tego ataku oraz po informacjach, że są okrążani przez pancerne jednostki aliantów oraz spóźnioną interwencie nie zdołali wykorzystać sytuacji. W nocy oraz nad ranem luka ta została zapełniona wojskami alianckimi.
Najtrudniejszą jednak plaża do zdobycia w sektorze 2. Armii była plaża "Sword". Według planistów znacznych strat należało spodziewać się w regionie Lion-sur-Mer. W dodatku w strefie "Sword' znajdował się port broniony ciężkimi działami. W dodatku 3. DP z Wielkiej Brytanii musiała mieć świadomość, że w pobliżu stacjonuje 21. DPanc. III Rzeszy. Brytyjczycy wiedzieli, że jeśli chcą zdobyć Caen lub też utrzymać przyczółek, muszą stoczyć tego dnia bitwę pancerną. Lądowanie oddziałów piechoty rozpoczęło się około godziny 7:15. Brytyjczycy natrafili na twardy opór ze strony obrońców. Mimo wszystko, zdążały się miejsca, gdzie nie napotkano wcale oporu, a były i takie, w których zdziesiątkowano atakujących. Walki na plaży "Sword" były krwawe, ale krótkie. Największe straty poniósł 2. Batalion pułku East Yorkshire, tracąc około dwustu ludzi. Już o godzinie 8:30 nie licząc kilku miejsc opór przełamano, a wojska ruszyły w głąb lądu. Mimo początkowych starć, natarcie przybierało na sile, koleinę rzuty wojsk były zdziwione, że praktycznie nie napotykają oporu. Wielu żołnierzy niemieckich podawało się, dużą część z nich stanowili Rosjanie oraz Polscy z batalionów wschodnich. Na plażach zaroiło się od pojazdów oraz czołgów i piechoty. W niektórych miejscach nawet pokazali się francuscy cywile i wznosili okrzyki radości. Wraz z upływem godzin, natarcie z tych trzech sektorów 2. Armii przybierało na sile, wojska posuwały się w głąb lądu niszcząc lub omijając punkty oporu w połowie drogi do Caen. Wśród żołnierzy zaczęło szerzyć się powiedzenie "Do zobaczenia w Berlinie, koledzy!!!". Komandosi lorda Lovata szli na odsiecz spadochroniarzom trzymającym mosty. Cały front przesuwał się na południe, Brytyjczycy nawet zapowiedzieli, że odbędzie się konferencja prasowa po południu w Caen. W południe wydawało się, że wojska brytyjskie nie tylko opanują całe Caen, ale też wedrą się... na lotnisko w Carpiquet i zaczną dalszy marsz na południe. 2. Armia wykonała większość zaplanowanych zadań, miała jeszcze tylko zdobyć Caen i powstrzymać ewentualny atak 21 DPanc. O godzinie 16:00 oddziały 3. DP oraz 8. i 9. Brygady Pancernej znalazły się 5 kilometrów od miasta Caen. Wtedy doszło do pierwszego starcia pancernego na tak dużą skale w dniu "D". Właśnie o 16:00 po 13 godzinnym błąkaniu się za rzeką Dives oraz po mieście Caen 21. DPanc. ruszyła do kontrnatarcia na wojska alianckie. 35 czołgów panzer IV ruszyło do ataku. Początkowo szarża niemieckich czołgów przebiegała bez problemu jednak, gdy czołgi wjechały na wzgórza w Bierville Brytyjczycy otworzyli ogień z dział przeciwpancernych i czołgów. Brytyjczycy strzelali z wielu miejsc, ich ogień był celny i skuteczny, zanim czołgi niemiecki zbliżyły się na odległość strzału płonęło już 6 czołgów, dalsze 5 było uszkodzonych. Na Niemców spad wtedy ogień z pancerników HMS "Warspite" oraz HMS "Ramillies". Po chwili do akcji wkroczyły bombowce oraz myśliwce. Koleinę 4 czołgi zostały zniszczone. W takiej sytuacji pułkownik Hermann von Oppeln- Bronikowski wydał rozkaz do odwrotu. Brytyjczycy nie ponieśli żadnych strat. 21. DPanc. wycofała się i okopała na północ od Caen. Montgomery nie wiadomo, z jakich powodów wydał rozkaz o zatrzymaniu natarcia na Caen, gdy jego wojska znajdowały się już 3 kilometry od miasta. Przewaga aliantów w tej chwili była bezdyskusyjna i w ciągu kilku godzin mogli spokojnie opanować całe miast oraz rozbić 21 DPanc. Na skutek tego błędu walki o Caen miały trwać długie i krwawe 6 tygodni.
Gdy alianci zaczęli posuwać się w głąb lądu, w Anglii do lotu szykowała się największa w historii armada szybowcowa. Brało w niej udział prawie tysiąc szybowców i tyle samo samolotów holowniczych. W każdym z nich znajdowały się działa przeciwpancerne, żołnierze, zaopatrzenie, sanitariusze, jeepy, broń oraz inne materiały. Wiele jednostek w Normandii od wielu godzin walczyło nieprzerwanie z wrogiem i potrzebowało uzupełnień oraz wsparcia. Szczególnie potrzebne było to wsparcie dla spadochroniarzy, którzy walczyli od samego początku inwazji w nie jako otoczonych jeszcze kotłach. Te szybowce miały to wszystko im dać. Nieprzerwany strumień samolotów płyną z Anglii do Francji i z powrotem. Eskortę tej armadzie zapewniała masa myśliwców oraz okręty floty inwazyjnej. Strefa lądowania "W" była nadal częściowo w rękach Niemców i alianci lądowali w gradzie kul. Mimo to, szybowce przeniosły do Normandii wielką masę zaopatrzenia, która pozwoliła poszerzyć i utrzymać przyczółek.
Wieczorem 6 brygada pancerna podeszła na kilkaset metrów od Bayeux. Kanadyjczycy okopali się wzdłuż drogi Caen-Bayeux. Dalsze postępy na całym froncie zostają wstrzymane przez coraz bardziej większy opór wroga, zbliżająca się noc oraz... żywopłoty, przez które nawet czołgi miały trudność się przebić. Na plażach wyładowywane były gigantyczne ilości sprzętu oraz ludzi. Masa żołnierzy zasilała jednostki na linii frontu. Okręty medyczne przyjmowały tysiące rannych i zabitych. Pierwszy dzień inwazji zakończył się wielkim sukcesem alianckim, ale również rozgoryczeniem, że wojska alianckie nie zdobyły Caen.
W pierwszej chwili operacji "Neptun" niemieckie Naczelne Dowództwo całkowicie zignorowało atak aliancki. 7. Armia została całkowicie zaskoczona mimo nadchodzących raportów wywiadowczych. Mino, że 15. Armia z wielka dokładnością broniła każdego kilometra wybrzeża nad cieśniną Kaletańską, to 7. Armia nie była wcale gotowa do walki. Mimo, że natychmiast po desancie spadochroniarzy ogłoszono stan najwyżej gotowości, to wiele jednostek nie miała łączności ze sztabem i nie wiedziało, co się dzieje. 21. DPanc. został przez fatalne dowództwo rozczłonkowana, część sił miał broni wyznaczonych pozycji, część dostała rozkaz podjęcia walki z desantem, a reszta miała pozostać w miejscu stacjonowania. W tym samym czasie Rommel przebywał w Niemczech i nie wiedział nic o wydążeniach w Normandii, Hitler i jego sztab spali, a większość wyższych rangą dowódców sądził, że jest to tylko akcja pozoracyjna, a główny atak 1. Grupy Armii generała Pattona wkrótce nastąpi. Dopiero po południu, gdy już alianci kontrolowali wielki obszar Niemcy skierowali do Normandii posiłki, które i tak były mocno okrojone, a te które ruszyły w drogę zostały zaatakowane przez hordy samolotów alianckich. Niemcy na obecność aliantów w Normandii zareagowali dość opieszale oraz bez pośpiechu. Aliancki wywiad cały dzień oczekiwał na niemiecki komunikat "Zainicjować wariant trzeci". Hasło to oznaczało rozkaz rzucenia do Normandii rezerw pancernych i zmotoryzowanych. Rozkaz taki na szczęście nie padł. Dopiero o godzinie 17:00 6 czerwca 1944 roku do Normandii skierowano I Korpus Pancerny. 7 czerwca w południe pierwsze pododdziały 12. DPanc. SS dotarły w region frontu mocno poturbowane. Alianci do tego jeszcze we wszystkich swoich komunikatach radiowych oraz prasowych mówili, że jest to dopiero wstępna faza przed główną ofensywą, co jeszcze bardziej dezorganizowało wywiad niemiecki. Gdy Niemcy czekali na główny atak to w Normandii znalazło się już 170 tyś. żołnierzy i setki czołgów alianckich. Niemcy na całej linii dali plamę, która kosztowała ich przegraną wojnę.
Straty w dniu "D"
Większość historyków wojskowych mówi, że w tym dniu alianci stracili ok. od 10 do 12 tyś. żołnierzy. Straty 1. Armii Stanów Zjednoczonych wyniosły 1465 zabitych, 3184 rannych, 1928 zaginionych i 26 wziętych do niewoli wedle oficjalnych danych. 82. i 101. DPD straciła 2499 zabitych, rannych i zaginionych żołnierzy. Kanadyjczycy stracili 946 żołnierzy w tym 335 zabitych. Do tej pory nie podano oficjalnie strat, jakie poniosła Wielka Brytania. Ocenia się, że straty te wyniosły od 3 do nawet 4 tyś. żołnierzy. Nie są znane również straty po stronie Niemców. Szacunki mówią o przedziale miedzy 4 a 9 tyś. żołnierzami, ale niektórzy źródła i spekulacje mówią nawet o 14 tyś. żołnierzy zabitych, rannych, zaginionych oraz wziętych do niewoli w całej Francji. Pewne jest to, że pod końca czerwca Rommel meldował o stratach wynoszących 28 generałów, 354 dowódców i ok. 250 tyś. żołnierzy.
Winston Churchill powiedział, że operacja Overlord była „bez wątpienia była najbardziej skomplikowaną i trudną, jaką kiedykolwiek podjęto”. Gdy rozpoczynał się wschód słońca 7 czerwca 1944 roku sytuacja na europejskim teatrze działań wojennych uległa diametralnej zmianie. W Normandii alianci podczas gigantycznej operacji desantowo - uderzeniowej "Neptun" przełamali wał atlantycki, wdarli się w głąb lądu oraz całkowicie zaskoczyli wroga. Do końca dnia "D" na lądzie znalazła się prawie 170-tysięczna armia aliancka, wspierana prawie całą potęgą morską aliantów na Atlantyku oraz tysiącami samolotów. Armia ta ciągle zasilana każdego dnia tysiącami nowych żołnierzy i sektami tysięcy ton zaopatrzenia oraz sprzętu nie długo miała rzucić na kolana niemieckiego kolosa i 23 sierpnia 1944 roku wkroczyć triumfalnie do Paryża. Jednak zanim doszło do wyzwolenia stolicy Francji, alianci przez wiele tygodni prowadzili ciężkie i intensywne walki z siłami niemieckimi. Bitwa o Normandię szybko przerodziła się w jedną z największych bitew pancernych w historii.
Bitwa o Kursk wbrew rozpowszechnionym informacjom nie była najbardziej intensywnym starciem pancernym II wojny światowej. Przez ponad 80 dni zmagań alianckich i niemieckich jednostek pancernych w bitwy o Normandię walczyły ze sobą na olbrzymią skalę. Walki te toczyły się nierzadko z udziałem setek czołgów w jednym tylko starciu, wspieranych dużą liczbą oddziałów artyleryjskich, nie ustępowały pod względem zaciętości i wielkości walkom, które rok wcześniej prowadzili z sobą Niemcy i Rosjanie pod Kurskiem i które przeszły do historii pod nazwa „największej bitwy pancernej w dziejach wojen”. Bitwa o Normandię, o czym często się zapomina, była wielką i istotną, jeśli nie większą i bardziej ważniejszą bitwą pancerną od tej pod Kurskiem, a odniesione w niej przez aliantów zwycięstwo miało ogromny wpływ na końcowy rezultat wojny.
D-DAY + 1
7 czerwca 1944 roku był dniem, w którym po praz pierwszy w zaplanowany sposób starły się ze sobą siły obydwu stron. Sytuacja strategiczna dla aliantów była trudna, a Niemieckie siły pancerne w końcu ruszyły do Normandii. Mimo to sprzymierzeni kontrolowali sytuację. Głównodowodzący 21. Grupą Armii marszałek Montgomery od samego rana koncentrował siły do decydującego ataku na Caen i resztę półwysep Cotentin. Późnym wieczorem 6 czerwca oraz przez całą noc i następny dzień na brzegi plaży "Sword" w pobliżu Arromanches dzięki ofiarnej postawie marynarzy oraz żołnierzy udało się desantować znaczne siły pancerne oraz kolenie oddziały piechoty. Siły alianckie rosły w oczach z każdą godziną.
Zdobycie pierwszego z wymienionych przeze mnie celów przez 2. Armię generała Dempseya miało ogromne znaczenie dla wykonania zasadniczych celów operacji "Overlord". Caen ze względu na swoje położenie było ważnym węzeł drogowy i kolejowy, przez który prowadziły główne linie komunikacyjne do alianckiego przyczółka ze wschodu i południowego wschodu - właśnie z tych kierunków w stronę plaż centralnej Normandii zmierzały główne siły niemieckich wojsk. Z tego względu, opanowanie tego miasta było kluczem do stabilizacji frontu i dezorganizacji niemieckiego działania kontrofensywnego. Ponieważ główne siły pancerne i zmotoryzowane III Rzeszy znajdowały się na północ od Sekwany, musiały wiec kierować się drogami w kierunku tego miasta od wschodu by móc uderzyć na wojska alianckie rozlokowane na północ od Caen. Mimo trudności siły sprzymierzonych nie dawały wytchnienia Niemcom i nacierały lokalnie w południowym kierunku na Caen. Ale szybko na froncie zapanował pat i wojska alianckie zatrzymały się. Mimo sukcesu i wdarcia się w głąb lądu 6 czerwca, na alianckich przyczółkach zaczęła szerzyć się panika. Co rusz pojawiały się plotki, że gdzieś Niemcy przedarli się przez linie obrony, że gdzieś widziano tygrysy, że amerykańska 4. DP poszła w rozsypkę, że coś poszło nie tak itd. Były to kłamstwa, ale odegrały dużą rolę i pomogły Niemcom. Duży wpływ na taka sytuacje miały też straty, jakie ponieśli alianci pierwszego dnia wynoszące ok. 10 tyś. żołnierzy i to po prostu źle wpływało na zwykłych żołnierzy. Do końca 7 czerwca alianci nie odnieśli większych sukcesów. Wieczorem 7 czerwca na wybrzeżu Normandii znajdowała się już ponad 260 tyś. żołnierzy oraz cała masa alianckiego sprzętu pancernego, najliczniej reprezentowanego przez amerykańskie "Shermany" (w tym również kilkanaście brytyjskich "Sherman'ów Firefly", które mogły skutecznie zwalczać wszelkie niemieckie czołgi na dystansie 1 kilometra). Siły pancerne aliantów były liczne, ale nie zdołały podtrzymać impetu uderzenia z pierwszego dnia. Marsz amerykańskich żołnierzy wspieranych przez 4 bataliony pancerne załamał się przez żywopłoty i podmokły teren. Żywopłoty w Normandii powstały jeszcze w czasach starożytnych. Były to usypane wały z ziemi, mające za cel zatrzymać bydło i wyznaczyć granice własności. Wały porośnięte były gęstymi zaroślami i drzewami, których korzenie skuły ubitą ziemię, tak jak stalowe zbrojenie umacnia beton. Wzdłuż wielu z nich przebiegały głębokie rowy odwadniające, które z powodzeniem można było wykorzystywać jako okopy. Na małe pole, zamknięte żywopłotami o różnej długości i wysokości (średni od 2 do 2,5 metra), biegnącymi pod przypadkowymi kątami, było na ogół tylko jedno wejście. Wzdłuż zagłębionych pomiędzy nimi dróg zarośla sięgały często ponad wysokość człowieka, to też żołnierze mieli czasem wrażenie, że zostali zamknięci w zielonym okopie. W dodatku pola minowe rozstawione własnej w tym terenie jeszcze powiększały koszmar wojny. Atakowanie wśród żywopłotów było ryzykowne, kosztowne i czasochłonne. Przypominało walkę w labiryncie, powodowało, że już kilka minut po rozpoczęciu ataku nacierające oddziały kompletnie się gubiły. Generał Bradley twierdził później w swoich wspomnieniach, że: "Nawet w Tunezji nie zetknęliśmy się z terenem obronnym tak wyczerpującym".
Podobne opinie na temat tego terenu miał generał Collins, który uważał, że normandzkie ,,bocage" są "niemniej niebezpieczne niż dżungla na Guadalcanal". Tak samo jak dla piechoty, tak dla czołgów było to piekło - zielone piekło. Żywopłoty te okazały się być przeszkodą nie do przebycia dla czołgów. Na wielu drogach, alianckie czołgi nie mogły obracać wieży, bo nie było na to miejsca, a ograniczona widoczność nie pozwalała na prowadzenie ognia do dalej położonych celów. Niemcy szybko nauczyli się, jak zwalczać liczniejsze siły pancerne aliantów na tym terenie. Wojska niemieckie rozlokowane na wyżej położone tereny ustawiały na nich swoje działa przeciwpancerne i czołgi, których załogi miały stamtąd doskonałą widoczność i łatwo niszczyły pozbawione możliwości manewru wozy bojowe aliantów. Aby temu zaradzić trzeba było zjeżdżać z głównych dróg, ale to z kolei utrudniały wszechobecne żywopłoty. W dodatku niemiecka ręczna broń przeciwpancerna okazała się skutecznym środkiem zwalczania czołgów sprzymierzonych. Jeszcze gorzej wyglądały alianckie ataki, gdy czołgi próbowały sforsować żywopłot bezwładnie na nich zawisał, wystawiając tym samym swój słabo opancerzony spód kadłuba na ogień nieprzyjaciela, podczas gdy jego działo i karabiny maszynowe wycelowane były w niebo. Taki pojazd był szybko eliminowany.
Nieco lepiej wiodło się 2. Armii brytyjskiej. Warunki terenowe dawały większe możliwości skutecznego użycia broni pancernej i lotnictwa. Teren był tu jednak pofałdowany, urozmaicony jedynie małymi wioskami, które ciągnęły się aż do Falaise. Nad owym obszarem dominowały wzgórza, które należało oczyścić z Niemców, aby wydostać się na otwartą przestrzeń położone na południe od Caen. Siły brytyjsko-kanadyjskie mimo starań dowódców nie mogły jednak zdobyć Caen, choć wsparcie piechocie zapewniało aż 4 brygady pancerne (2. Brygada Pancerna (kanadyjska) i pododdziały 79. DPanc. Generała Hobarta oraz 4., 8. i 27. Brygady Pancerne) jak i artyleria lądowa oraz okrętową.
Niemiecka odpowiedz na inwazję.
W tym samym czasie po przeciwnej stronie, sytuacja III Rzeszy również nie była dobra. Niemcy, mimo, że byli w 100% przekonani o tym, że lądowanie w Normandii jest jedynie akcja dywersyjną i wspierającą spodziewany desantem pod Pas de Calais, mimo to zdali sobie sprawę ze znaczenia Caen. 7 czerwca 1944 roku dowódca Grupy Armii "B", marszałek Erwin Rommel spotkał się w swojej kwaterze głównej z generałem Geyrem von Schweppenburgiem, dowódcą Panzergruppe "West", miał jeszcze nadzieje na to, że uda mu się zepchnąć siły inwazyjne z powrotem do morza. Pogląd ten wzmacniał informacje mówiące o tym, że siły alianckie są słabe i nie zdołały zdobyć ważnych portów. Przez to, wydał rozkaz by zatrzymać i zniszczyć aliantów siłami 12. DPanc.SS "Hitlerjugend", DPanc. Panzer Lehr z I. KPanc. SS SS-Oberstgruppenfuhrera Josefa Seppa" Dietricha wspieranych 21. DPanc. Jednostki te (pomijając 21. DPanc.) ruszyły w stronę Normandii dopiero późnym popołudniem 6 czerwca i zdołały do świtu dnia następnego posunąć się o ok 60 kilometrów. Jednak z samego rana spadł na nie potężny, nieustanny atak alianckiego lotnictwa i na skutek tego jednostki te poniosły znaczeń straty, a ich pochód został poważnie zahamowany (tempo marszu spadło do 3 kilometrów pokonywanych w godzinę w pewnym momencie). Ostatecznie pierwsze jednostki pancerne III Rzeszy dotarły w rejon Caen dopiero w południe 7 czerwca. Lotnictwo dało czas siłom alianckim na przygotowanie obrony. Ciężkie straty ponosił również DPanc. Lehr - jej żołnierze byli nieustanie atakowani przez lotnictwo wroga. Sam dowódca, weteran wojenny generał Fritz Bayerlein wspominał "Do południa zrobiło się okropnie; każdy pojazd był okryty gałęziami; poruszały się wzdłuż żywopłotów i na pograniczu lasów. Na skrzyżowania dróg spadały bomby, przez mosty nie można było przejechać. Do końca dnia straciłem czterdzieści cystern z paliwem i dziewięćdziesiąt innych pojazdów. Miałem pięć czołgów niezdolnych do walki i unieruchomione osiemdziesiąt cztery pojazdy kołowo-gąsienicowe, ciągniki i działa samobieżne.". Alianckie ataki nie ustawały do końca dnia i w jego rezultacie opóźnienie wojsk niemieckich było wielkie, a żołnierze przemęczeni. Nie lepiej wiodło się 12. DPanc. SS "Hitlerjugend". Natomiast 21 DPanc. de facto również została tak poważnie osłabiona walkami i nalotami, że nie mogła podjąć działań ofensywnych. Niżsi rangą oficerowie donosili i meldowali, że niemieckie wojska nie są w stanie przełamać frontu alianckiego i atak zakończy się katastrofa. Do sztabu napłynęły meldunki, w których wynikało, że minimalne sił, które mogą zepchnąć aliantów do może powinny składać się, z co najmniej trzech dywizji pancernych. Mimo to dowódca I. KPanc. SS postanowił atakować. Atak miał wyjść z Caen w region Lion-sur-Mer, czyli na plaży "Juno". Atak ten zakończył się klęską, a straty były wysokie. Wiele niemieckich czołgów zostało rozbitych, a alianckie linie obrony nienaruszone. Był to dopiero drugi dzień inwazji i Niemcy nawet nie spodziewali się, jakie czeka ich piekło w nadchodzących tygodniach. Naziści długo nie czekali, na dogodną sytuację do przeprowadzenia ataku. Doskonale zdawali sobie sprawę, że czas gra na ich niekorzyść i postanowili ponownie zaatakować wojska alianckiej 2. Armii już nocą z 7 na 8 czerwca. Tym razem celem ataku miał być oddział brytyjskiej 50. DP broniącej dostępu do plaży "Gold". Choć w ataku tym, który rozpoczął się o godzinie 20:00 uczestniczyło w sumie 40 czołgów w tym 25 Panter, atak zakończył się klęska i wysokimi stratami poniesionymi przez obydwie strony, które jednak nie ostudziły zapału pododdziałów niemieckiej dywizji pancernej "Hitlerjugend". Niemieccy pancerniacy dostali się pod gwałtowny ostrzał brytyjskich i kanadyjskich artylerzystów oraz alianckich żołnierzy, ukrytych za żywopłotami i w rowach z PIAT-ami oraz działami przeciwpancernymi. Pododdziały kanadyjskiej 3.DP. i brytyjskiej 50. DP. odparły atak. Na froncie w tym regionie zapanował na kilkanaście godzin spokój, ale już w południe 9 czerwca 1944 roku, niemieckie wojska znów zaatakowały siłami pancernymi sprzymierzonych. Tym razem celem ataku czołgów typu PzKpfw V "Panther" SS-Obersturmführer Rudolf von Ribbentropa, syn ministra spraw zagranicznych III Rzeszy była miejscowość Norrey. Niemcy w starciu z Shermanami Firefly szybko pozbawili się większości czołgów. Był to duży sukces kanadyjskiej 2. Brygady Pancernej. Najlepszym przykładem odniesionego sukcesu są wspomnienia dowódcy grupą "Shermanów" major Tweedale "Nasze dziewięć...Shermanów zniszczyło siedem Panther w ciągu czterech minut z odległości około 1000 metrów. Mój działonowy, Bennett, rozbił Pantherę z odległości 850 metrów pierwszym strzałem, jego drugi pocisk chybił celu, ale za to trafił w inną... Pantherę zrywając jej wieżę. Każda z trafionych Panther została podziurawione niczym sito". Główną przyczyna tej klęski było źle przygotowany atak, pozbawiony wsparcia artyleryjskiego i odpowiedniego zwiadu. Kolejny raz okazało się, że nieprzygotowany atak nie ma szans na powodzenie. W dodatku "Sherman Firefly", uzbrojone w brytyjską armatę 17-funtową, okazały się być równorzędnym przeciwnikiem dla nawet niemieckich "Panther". Shermany byłby bardziej zwrotniejsze od czołgów niemieckich, mogły poruszać się z dużą prędkością i dzięki żyroskopowym stabilizatorom armaty nie miały większych problemów ze strzelaniem z jakiejkolwiek pozycji, ani jadać z maksymalna prędkością. W dodatku okazały się mało awaryjne i wygodne dla załogi. Shermany był świetną bronią defensywna, ale gdy sprzymierzeni przeszli do ataku, wysokie i niezbyt dobrze opancerzone sylwetki "robaczków świętojańskich", były równie łatwo niszczone, jak niemieckie PzKpfw V Panther pod Norrey. Mimo dużej liczy niemieckich ataków i zaciętych walką, po trzech dniach od lądowania brytyjskiej 2. Armii udało się odeprzeć wszystkie niemieckie ataki i ustabilizować front, jednak główny cel - miasto Caen (mający być zdobyty już 6 czerwca) nadal było w rękach wroga.
Gdy 2. Armia prowadziła walkę z Niemcami w okolicy Caen amerykańska 1. Armia generała Bradleya, posuwała się w głąb półwyspu Cotentin, natomiast na Carentan nacierały znacznie mniejsze siły - 101. DPD z Utah i 2. DPanc z Omaha - a celem było nawiązanie trwałego połączenia między obydwoma przyczółkami. Front na którym operowali amerykanie całkowicie różnił się od pasa działań brytyjskiej 2. Armii. Wojska Stanów Zjednoczonych zmagały się przede wszystkim z oddziałami niemieckiej piechoty, ukrywającej się wśród gęstych żywopłotów. Walk pancernych tutaj raczej nie było, gdyż Wermacht, poza nielicznymi starymi czołgami zdobytymi na armii francuskiej w 1940 roku nie dysponowali bronią pancerną z prawdziwego zdarzenia. Dla alianckich wojsk największe niebezpieczeństwo stanowili dobrze zamaskowani niemieccy piechurzy i grenadierzy, którzy kryjąc się wśród gęstych zarośli zadawali amerykanom duże straty w zasadzkach i sytuacjach, gdy amerykanie wychodzili na otwarty teren chcąc dojść do następnego żywopłotu. Równie niebezpieczni byli snajperzy ukrywający się za żywopłotami jak i miny podkładanie przez Niemców. W dodatku amerykanie mimo druzgocącej przewagi w broni pancernej byli skutecznie powstrzymywani przez niemieckie oddziały uzbrojone w panzerfausty, które na tak małych dystansach były śmiertelnie groźne dla Shermanów. Teren sprzyjał Niemcom, którzy podkradali się w sąsiedztwo czołgów, a następnie niszczyli je za pomocą tych wyrzutni. Najwyraźniejszy obraz charakteru walko w krainie żywopłotów przedstawił anonimowy amerykański żołnierz walczący pod Caumont, piszący o walkach na w pierwszych tygodniach czerwca: Uważamy, że jest tu ciężko. Wystarczy sięgnąć przez krzaki, żeby przesunąć bezpiecznik w ich Spandauach;. Walki w tym regionie były bardzo krwawe i bezwzględne, straty jakie ponosili amerykanie przez co wysokie. Liczba zabity wśród kadry oficerskiej przedstawia najlepiej rozmowa Porucznik Sidney Eichen z 120.PP (30. DP) który spotkał, jako "żółtodziób", niedługo po zetknięciu z normandzką ziemią, weteranów z 82. DPD: "Zapytaliśmy ich: Gdzie są wasi oficerowie, na co oni odpowiedzieli: Wszyscy nie żyją; Zapytaliśmy, zatem: "Kto wami teraz dowodzi" i jeden sierżant wystąpił z szeregu, mówiąc "Ja". "Spojrzałem na nieogolonego żołnierza z przekrwionymi oczami, brudnym mundurze, który z trudem się poruszał i pomyślałem: czy my też będziemy tak wyglądali po kilku dniach walki". W pewnym momencie zakazano nawet wysyłać żołnierzy na zwiad, bo za każdym żywopłotem mógł być zabity. Każde poletko musiało być zdobyte dzięki większemu atakowi, wysyłanie pojedynczych żołnierzy kończyło się często ich śmiercią. Walki w tym terenie były bezwzględne, co ukazane jest w wspomnieniach szeregowego Arthur "Dutch"Schulz z 505. PPS (82. DPD), 9 czerwca pod Montebourgiem: "Przebiegłem obok rannego niemieckiego żołnierza leżącego przy żywopłocie. Był bardzo przerażony i wołał o pomoc. Przystanąłem i odwróciłem się. Mój bliski przyjaciel przyłożył koniec lufy karabinu między oczy wciąż krzyczącego Niemca i pociągnął za spust. Nie zmienił wyrazu twarzy. Sądzę, że nawet nie mrugnął okiem". Mimo, że teren był trudny a opór twardy to jednak wizja zdobycia portu pełnomorskiego zdolnego przyjmować konwoje z zaopatrzeniem była bardzo kusząca dla alianckich głównodowodzących.
Alianckie działania lotnicze prowadzone po operacji "Neptun" przebiegały bez zakłóceń, oddziały saperów budowały na nowo zdobytym terenie w Normandii lotniska polowe, a lotnictwo strategiczne oraz lotnictwo bezpośredniego wsparcia wojsk lądowych udzielało silnego wsparcia lotniczego dla oddziałów lądowych. Na skutek tych działań, prowadzonych de facto na długie tygodnie zanim pierwszy żołnierz armii sprzymierzonej wylądował na plażach Normandii, siły powietrzne skutecznie odizolowały siły niemieckie rozlokowane w innych częściach Francji od Normandii oraz sparaliżowały infrastrukturę transportową w całej północnej Francji, a szczególnie w regionie Pas de Calais. Tuż po wylądowaniu 1. i 2. Armii sprzymierzonej w Francji, lotnictwo przyjęło na sowie barki zadanie maksymalnego osłabienia wojska niemieckich zmierzających do Normandii. Na skutek tych działań, jak i kłopotów logistycznych (też spowodowanych wcześniejszymi nalotami) dopiero 9 czerwca 1944 roku w region Caen przybyła pobijana i osłabiona dywizja Panzer Lehr. Mimo osłabienia, reprezentowała z sobą nadal sporą siłę, która mogła przechylić szale zwycięstwa na stronę państw Osi, ale jej ataki okazały się nieskuteczne. Tak jak to bywało w poprzednich natarciach, także i w tym ataku czołgi i piechota von Schönburga nieatakowane przez siły alianckie zbliżyły się w okolice stanowisk obronnych aliantów i dopiero w regionie miasteczka Ellon atakujące oddziały natrafiły na żołnierzy brytyjskiej 56. Brygady Piechoty. Miedzy aliantami i Niemcami wywiązała się zaciekła bitwa. Tak ten kontratak pod Norrey wspomina sierżant Morawetz z 12. DPanc SS (3. Kompania Pancerna SS, 12. PPanc SS):"W powietrzu prawie w ogóle nie było samolotów szturmowo-bombowych, co w okolicy po południu było do tej pory regułą. Dotarliśmy do płaskiego, równego terenu - łąki i pola. Na lewo od nas leżało Norrey. Cała kompania poruszała się w zwartym szyku, na pełnej prędkości i bez żadnych przystanków, na szerokim froncie, zahuśtało nami, usłyszeliśmy stłumione uderzenie, jak gdyby urwało nam gąsienicę, a czołg zatrzymał się. Wewnątrz pojazdu zapanowała cisza. Myślałem, że wjechaliśmy na minę. Kiedy spojrzałem w lewo, zauważyłem, że w czołgu poruszającego się na lewym skrzydle urwało wieżyczkę. W tej samej chwili, po kolejnej mniejszej eksplozji, mój czołg zaczął się palić. Paul Veith, kanonier siedzący naprzeciwko mnie, nie poruszał się. Wyskoczyłem. Następnie zauważyłem, że z otwartego włazu wydobywały się płomienie, jak gdyby był on pochodnią, po mojej lewej stronie, na wysokości naszego wozu, zobaczyłem kolejne płonące pojazdy, członkowie wszystkich załóg mieli poparzone ręce i twarze. Cały teren znajdował się pod ciężkim ostrzałem nieprzyjacielskiej piechoty".. Niemcy ponieśli duże straty, ale zajęli w końcu tą miejscowość, jednak już po chwili spad na nich potężny ostrzał artyleryjski. Po godzinie brytyjskie wojska pod osłoną kanonady artyleryjskiej przystąpiły do kontrofensywy. W miedzy czasie do walki przyłączyła sie również brytyjska działająca w ramach wsparcia 8. Brygada Pancerna, w odpowiedzi Niemcy wysłali w ten region całą dywizie Panzer Lehr oraz kilka innych oddziałów grenadierów pancernych. Miedzy walczącymi stronami wywiązała się zaciekła bitwa o miasteczko. To w tym dniu po raz pierwszy trzy dywizje Dietricha zaangażowały w walkę wszystkie swoje środki, w tym większość sił pancernych. Niemcy utrzymali Ellan, ale zaciekłość, z jaką walczyły o tę miejscowość oddziały brytyjskie jak i niekończąca się kanonada artyleryjska była zapowiedzią tego, że alianci wzmacniają swe siły przez stale przybywające na plaże posiłki i lada dzień przejdą do większego ataku. Po walkach o tą miejscowości Niemcy znaleźli się w trudnej sytuacji, ponieważ ich siły pancerne były wyniszczane przez nieustanie powiększającą się armię aliancką, a uzupełnienia nie pokrywały strat.
Niemcy nie mylili się, co do swych prognoz. Już następnego dnia 11 czerwca 1944 roku rozpoczęła się operacja "Perch", mająca za cel związać walką pod Caen możliwie jak największą ilości sił nieprzyjaciela, a przede wszystkim dać możliwość amerykańskim dywizjom pancernych czas do przeprowadzenia silnego uderzenia i przełamania frontu w swoim regionie operacyjnym. Ciężkie walki toczyły się jednak już 10 czerwca, gdy wojska brytyjskie przygotowywały teren pod przyszłą ofensywę. Ciężkie walki toczyły się o miasteczko Rots, w walkach uczestniczył starszy sierżant Wohlgemut z 12. DPanc SS, który przedstawia makabryczny obraz walk: Na ulicach [Rots] trwały ciężkie walki. Ulice były dosłownie usłane ciałami poległych i rannych. Większość z nich to Anglicy. Nagle w ramach wsparcia zjawiła się Pantera. Widok Pantery, która torowała sobie drogę do skrzyżowania, miażdżąc zabitych i rannych, był okropny. Na wąskich ulicach okolonych murami nie było, dokąd uciekać. Z pomocą Pantery rozpoczęliśmy kontratak. . Zawzięta i nastawiona ofensywnie postawa wojsk niemieckich rozciągniętych wokół Caen spowodowała, że generał Montgomery doszedł do wniosku, iż wobec trudności, na jakie natrafiła brytyjska 2. Armia należy zrobić wszystko, aby ułatwić przełamanie frontu amerykańskiej 1. Armii generała Bradleya. Zgodnie z tym założeniem, siły brytyjskie wspierane przez lotnictwo i zespół Royal Navy w sile jednego pancernika i dwóch krążowników miały uderzyć w rejonie na zachód od Caen, sforsowanie rzeki Odon i zdobycie wzgórz wznoszących się nad Evrécy. Operacja ta miała też z cel odwrócić sytuację strategiczną w Normandii wschodniej na korzyść aliantów - Mont'y chciał zdobyć Caen poprzez uderzenie "lewym sierpowym" 7. DPanc na Villers-Bocage.
Brytyjski atak został poprzedzony potężnym i zmasowanym przygotowaniem artyleryjskim - począwszy od godziny 5.00, przez 45 minut alianckie działa wszelkiego kalibru ostrzeliwały pozycje wojsk niemieckich. W chwilę po zakończeniu kanonady artyleryjskiej do ataku ruszyły brytyjskie czołgi i piechota. Na osi natarcia brytyjskiej 7. DPanc. i 50. DP znalazła się miedzy innymi dywizja Panzer Lehr.
Anglicy parokrotnie próbowali przebić się przez stanowiska Niemców za każdym razem poprzedzając atak wsparciem artyleryjskim i nalotem. Jednak całodniowa zażarte ataki nie przyniosły efektów, niemieckie linie obronę, choć mocno pobijane trzymały się nadal, głównie dzięki czołgom Panzer V. Tego dnia jednak wielki sukces odniosło alianckie lotnictwo (a dokładnie Royal Air Force), które zniszczyło sztab Grupy Pancernej "Zachód" znajdujący się w niewielkiej wsi La Cain pod Caen. Na skutek nalotu śmierć poniosło siedemnastu oficerów, wśród nich szef sztabu generał Edler von Dawans i oficer łącznikowy I. KPanc. SS SS-Hauptsturmführer Wilhelm Beck. Generał Geyr von Schweppenburg - dowódca Grupy Pancernej był lekko ranny. Bombardowanie w dodatku zdezorganizowało poczynania wszystkich niemieckich jednostek pancernych i było przyczyną zatrzymania kolejnego kontrataku, który miały zostać przeprowadzone nocą. Po analizie sytuacji Niemcy doszli do wniosku, że siłami którymi dysponują nie zdołają nic zdziałać. Zdawali sobie sprawę, że z każdą chwilą wojsk alianckich przybywa, ale nie mieli sił mogących zepchnąć aliantów do morza, choć by w jednym sektorze. Straty poniesione przez Niemieckie jednostki działające przeciw brytyjskiej 2. Armii były zastraszające, tak samo wyglądała sytuacji na przeciw 1. Armii Stanów Zjednoczonych. Dywizjom Wehrmachtu i SS kończyło się paliwo i amunicja, straty w ludziach były coraz wyższe, praktycznie łączność radiowa nie działała (większość ciężkich radiostacji i sprzętu radiowego było zniszczone przez alianckie lotnictwo), a konwoje z zaopatrzeniem docierały do jednostek frontowych okrężnymi drogami ponosząc straty, gdyż lotnictwo sprzymierzonych zniszczyło większość węzłów komunikacyjnych i dominowało nad polem bitwy. W późniejszych tygodniach, jakikolwiek dzienny transport czegokolwiek stał się niewykonalny, ponieważ natychmiast samochody na drogach były niszczone przez samoloty sprzymierzonych. Nikt nie mógł zapewnić osłony z powietrza wojskom lądowym, ponieważ praktycznie Luftwaffe w Francji zostało unicestwione. Wszystko to doprowadziło do tego, że sztab Grupa Armii "B" pod dowództwem Rommla oraz po konsultacji z marszałkiem von Rundstedt wydał rozkaz zaprzestania działań ofensywnych i przejścia do obrony na całym froncie. Kłopoty niemieckie dosłownie z dnia na dzień powiększały się, ponieważ już 11 czerwca ruszyła koleina ofensywa brytyjskiej 2. Armii. Tym razem "Szczury pustynni" oraz 8. Brygada Pancerna ruszyła w stronę Caen. Tak samo jak poprzedniego dnia, atak rozpoczął się od przygotowania artyleryjskiego. Na głównej osi natarcia aliantów znów znalazła się osłabiona dywizja Pazner Lehr, którą jednak wsparła 12 DPanc SS "Hitlerjugend" oraz liczne oddziały piechoty. W rezultacie natarcia przeprowadzonego 11 czerwca alianci nie osiągnęli wyznaczonych celów, ale osłabili wroga. Tradycją 2. Armii brytyjskiej pomału stawały się rutynowe ataki pancerne. Znów następnego dnia - 12 Czerwca 1944 roku, alianci przeszli z samego rana po nocnych przegrupowaniach do ataku. Atak zakończył się stratą prawie 40 czołgów i wycofaniem się na wcześniejsze pozycję. Duży wpływ na niepowodzenia brytyjskich natarci miała zła koncepcja użycia czołgów i piechoty. Brytyjscy pancerniacy atakowali pojedynczymi falami bez wsparcia piechoty i byli łatwo powstrzymywani przez Niemców. Zastosowane metody klina pancernego mogłoby odmienić sytuację. Ataki 2. Armii brytyjskiej przypominały nieco "bicie głową w mur", ale spełniły swoje zadanie. Tak jak zaplanował Montgomery, pod Caen przybywały kolejne jednostki niemieckie, w tym głównie oddziały pancerne i zmotoryzowane. 12 czerwca przybyły w region operacyjny brytyjsko-kanadyjskich wojsk część 17. Dywizja Grenadierów Pancernych SS "Götz von Berlichingen" jak i 101. Batalion Czołgów Ciężkich SS. Batalion, który został włączony w struktury 12. DPanc. SS "Hitlerjugend". Jednostka znacznym wzmocnieniem dla oddziałów starających się powstrzymać aliancką inwazję. Siła batalionu wynikała nie tylko z tego, że w jego wyposażeniu było kilkanaście potężnie uzbrojonych i opancerzonych czołgów typu PzKpfw VI "Tiger", ale również z tego, że w jego szeregach służyło wielu bardzo doświadczonych czołgistów, będących mistrzami w swej "profesji". Brytyjczycy mieli niestety pecha i silny atak, który wyprowadzili w całkowicie innym kierunku niż wcześniej, spadł na 101. Batalion Czołgów Ciężkich SS. Po całodniowych, niezwykle zadziwiających i dynamicznych walkach o miasto Villers-Bocage, atak aliancki został zatrzymany, a cała Niemiecka armia stacjonująca wokół Caen uratowana od oskrzydlenia i koniecznego odwrotu w przypadku sukcesu brytyjskiego. Na szczególne uznanie zasłużył dowódca 2. Kompanii tygrysów SS-Obersturmfuhrer Wittmann, który de facto samotnie zahamował siły brytyjskie. "I tak oto owoce pierwszych sukcesów, z których mogło się urodzić wspaniałe zwycięstwo, zostało zaprzepaszczone. Oddziały Erskine'a [dowódcy 7. DPanc] nie poniosły już żadnej porażki, ale klęska zadana przez jednego tylko Tygrysa była upokarzająca" Tak to podsumował Chester Wilmot w "The struggle for Europe". Walki w regionie Caen od samego początku inwazji, aż do zamknięcia kotła pod Fales, były wielkim pancernym pojedynkiem aliantów i Niemców.
Amerykańska ofensywa na półwyspie Cotentin
Gdy czołgiści i piechociarze 2. Armii brytyjskiej prowadzili ciężkie walki z siłami Panzerwaffe, amerykańska 1. Armii generała Bradleya coraz wyraźniej wgryzała się w linię niemieckie. Po stronie amerykanów walczyła już cała amerykańska ciężka 2. DPanc., dzięki czemu impet uderzenia był podtrzymywany. Niemcy w regionie operowania 1. Armii Stanów Zjednoczonych oprócz kilkudziesięciu dział szturmowych z 17. Dywizji Grenadierów Pancernych SS "Götz von Berlichingen" SS-Brigadefühera und General Major der Waffen-SS Wernera Ostendorffa i dużej liczy jednostek lekkich nie posiadali odpowiedniego nowoczesnego wsparcia pancernego. Działania na tym froncie "Bitwy o Normandię:" nie były tak spektakularne jak w sektorze brytyjskim, przez to nie można wyróżnić wyraźnie skokowych zmian w sposobie i kierunku natarcia 1. Armii Bradleya. Wojska amerykańskie prowadząc nieustanne walki w "zielonym piekle" poszerzały przyczółki i zbliżały się do Carentan. Gen. Bradley obiecywał, że wojska atakujące to miasto dostaną wszelkie wsparcie w tym: "jeśli trzeba będzie zyskać na czasie, należy na Carentan zrzucić z powietrza pięćset, a nawet tysiąc ton bomb i zniszczyć miasto. Potem pójść w dym i zająć je". Miasto ostatecznie padło 13 czerwca 1944 roku po zażartych walkach. Jednak już tego samego dnia Niemcy postanowili je odbić siłami oddziałów spadochroniarskich i pododdziałami 17. Dywizji Grenadierów Pancernych. Niemieckie działa szturmowe osłaniane przez spadochroniarzy zaatakowały miasto bronione przez znaczne siły amerykańskie. Ponieważ miasta broniła większość 101 Dywizji Powietrznodesantowej i prawie całe zgrupowanie pancerne "A" (Combat Command A) 2. DPanc., atak niemiecki został szybko zatrzymany. Niemcy ponosząc straty szybko się wycofali i miasto oraz okolice ostatecznie 14 czerwca 1944 roku całkowicie było kontrolowane przez aliantów.
Podczas bitwy o Carentan amerykańscy spadochroniarze z "Krzyczących Orłów" zaprezentowali się jako nieustępliwi, twardzi żołnierze i godni przeciwnicy Niemców. Dochodziło do wielu aktów wielkiego heroizmu, jak wyczyn ppłk. Robert Cole'a, dowódcy 3/502. Pułku Piechoty Spadochronowej, który 11 czerwca poprowadził swoich 250 żołnierzy długą, odsłoniętą groblą, prowadzącą do mostu na rzece Douve, do ataku na bagnety pod ciężkim ostrzałem moździerzowym i karabinowym nieprzyjaciela. Za cenę kilku zabitych i rannych spadochroniarze dopadli Niemców i zwyciężyli ich w walce wręcz. Za mostem zaś nawiązali kontakt z żołnierzami 29. DP posuwającej się z plaży "Omaha", stwarzając tym samym trwałe połączenie pomiędzy obydwoma przyczółkami amerykańskimi. Za ten czyn ppłk. Cole, jako pierwszy żołnierz 101. DPD, został uhonorowany Medalem Honoru.
Amerykanie ruszyli w pościg za wycofującymi się w tym sektorze Niemcami, ale szybko ich atak został rozbity przez żywopłoty i niemieckie oddziały osłonowe. W tym czasie 1. Armia Bradleya został nie jako rozczłonkowana na dwie grupy. Pierwsza osłaniała południowy i zachodni front oraz nacierała wzdłuż rzeki Vire, w stronę miasta St. Ló, natomiast reszta sił atakowała w kierunku północnym starając się zdobyć Cherbourga - miasto o strategicznym dla aliantów znaczeniu ponosząc przy tym wysokie straty.
W czasie, gdy sztab 1. Armii Bradleya planował atak na Cherbourg, Niemcy przeszli do kontrofensywy. 14 czerwca przypuścili generalny szturm z trzech kierunków na pozycję wybite przez 7. DPanc w regionie miasta Villers-Bocage. Atak niemieckich grenadierów pancernych załamał się w odległości ok. 350 metrów od luf artylerii. Arthur H. Markham, kwatermistrz baterii G 5. Pułku Królewskiej Artylerii Konnej wspomina: Ponieśliśmy ciężkie straty, bo tworzyliśmy zwartą grupę obronną. Na każde niecałe 8 metrów kwadratowych przypadał jeden pojazd. Pierwszy nadleciał pocisk amerykański, co było deprymujące, a zaraz potem zaczął się ostrzał niemiecki. Dowiedzieliśmy się, że niemiecka piechota szykuje się do ataku. Była od nas o niecały kilometr. Działa naszej baterii zajęły się Niemcami, gdy pokazali się na otwartej przestrzeni. Strzelając granatami odłamkowymi na rozprysk, udało się ich powstrzymać". Brytyjczycy ponieśli ciężkie straty, ale zniszczyli kilka Panter. Brytyjskie czołgi otworzyły ogień na minimalnym dystansie, tracą tylko 3 pojazdy w starciu z czołgami niemieckimi. Niemcy spróbowali szczęścia w nocy tego samego dnia, atakując miasto Tygrysami i grenadierami i tym razem wycofali się, ale nie ponieśli w przeciwieństwie do aliantów strat. W drugiej połowie czerwca władzę III Rzeszy podliczyły straty i zyski. Straty okazały się wielkie, natomiast zyski poza dość sporą liczbą zniszczonych alianckich czołgów nie przepełniały Niemców optymizmem. Sama dywizji "Hitlerjugend" straciła 1300 żołnierzy oraz 90 czołgów w tym około 40 PzKpfw V "Panther". Perspektywa zniszczenia sił inwazyjnych wydawała się coraz bardziej odległa.
Sztuczne porty "Mulberry"
Wraz z całkowitym ukończeniem sztucznych portów "Mulberry" z Anglii do Normandii płyną nieustanny strumień ludzi, sprzętu oraz zaopatrzenia. Przepustowość tych portów okazała się większa niż zakładano i doścignęła w rankingach przedwojennych port brytyjski w Dover. Porty te były cudami techniki, które powstały na skutek pewnej rozmowy w sztabie przygotowującym plany inwazji. Ktoś stwierdził, że jeśli my nie możemy zdobyć nienaruszonego portu, to musimy go wsiąść ze sobą. Budowa tych portów rozpoczęła się już niedługo po inwazji i opanowaniu przyczółków. Każdy port ważył w sumie 600 tyś. ton, miał 33 mola o długości ok. 15 kilometrów i był osłaniany przed uderzeniami fal przez zatopione specjalnie do tego celu stare okręty transportowe (zatopiono tam, również polski krążownik Dragon, który wcześniej został doszczętnie zniszczony przez niemiecki atak). Powstały dwa takie obiekty, jeden na plaży "Omach", a drugi w Arromanches. Jednak sztorm który nawiedził kanał la Manach 19 czerwca, praktycznie wyłączył te instalację z użytku na okres kilkudziesięciu dni (port amerykański nigdy nie został w pełni odbudowany). Alianci od nowa wyładowywali sprzęt i ludzi bezpośredniego na plaże - jak się okazało wydajność takiego działania była większa niż tych dwóch portów. Przez 10 miesięcy funkcjonowania tego typu instalacji przerzucono przez nie ponad 2 mln. żołnierzy, 500 tyś. pojazdów oraz ponad 4 mln. ton zaopatrzenia i prawie 20 tyś. różnych wagonów kolejowych.
Forsowanie żywopłotów - ciężki orzech do zgryzienia dla Amerykanów.
W czasie, gdy front na chwile po stronie niemieckiej przycichł, wojska amerykańskie umocnili się pod St. Ló oraz przecięły półwysep Cotentin i zajęły Barneville. W tym samym czasie amerykanie znaleźli też sposób na pokonywanie żywopłotów przez czołgi, mianowicie zamontowali z przodu kadłuba lemiesze, które wyrywały lub też przecinały żywopłot. Niestety liczba czołgów "nosorożców" nie była imponująca - szybko zabrakło odpowiednich materiałów na takie konstrukcję. Wkrótce po tym jak zabrakło lemieszy oficerowie amerykańscy wpadli na pomysł, żeby drogę czołgom oczyszczać będą saperzy, którzy mają wysadzać w żywopłotach przejścia dla czołgów. Jak się okazało i to była zła taktyka. Ilość materiału wybuchowego potrzebnego do zdobycia dwóch kilometrów wyniosła ok. 17 ton. To były ilości nieosiągalne i nieekonomiczna - pomysł szybko upadł. Następnym pomysłem były taki, żeby z przodu "Shermana" należy przyspawać dwie rury, wzmocnione żelaznymi kątownikami. Taki czołg miał wbić się w nasyp żywopłotu i następnie wycofywał się, pozostawiając dwa otwory, w które saperzy pakowali pociski kalibru 105 mm i je zdalnie detonowali. Pomysł okazał się dobrym rozwiązaniem, ale znów nie można było go masowo stosować, ze względu na długi czas trwania takiej operacji. Ostatecznie żołnierze porozcinali i przerabiali niemieckie zapory przeciwinwazyjne i przeciwczołgowe na specjalne zderzaki, które rozrywały żywopłot jednak szybko i to się zaczęło kończyć. Ostatecznie na przedniej części kadłubów czołgów od lipca rozpoczęto mocowanie sztab żelaznych, z których wystawały, cztery podobne do wielkich kłów zęby - amerykanie znaleźli odpowiednią metodę forsowania żywopłotów.
Cel - Cherbourg. Amerykańska ofensywa na pierwsze miasto portowe.
Od 12 do 19 czerwca 1944 roku trzy dywizje amerykańskie posuwające się wzdłuż brzegu półwyspu Cotentin w stronę Cherbourga przełamywały niemiecki twardy opór pod Montebourgiem, będącym kluczem do opanowania głównego portu w Normandii. 22 czerwca amerykańska 1. Armia przystąpiła ostatecznie do decydującego szturmu na Cherbourga. Niemieckie wojska w tym regionie dowodzone przez generała Karla Wilhelma von Schliebena zamierzały bronić miasta i portu do ostatniego żołnierza. Nakazywał im to osobisty rozkaz Hitlera. Natarcie piechoty VII. Korpusu generała Collinsa poprzedzony został zmasowanym bombardowaniem lotniczym i ostrzałem artyleryjskim. Pozycję niemieckie zaatakowało dziesięć eskadr "Mustangów" i "Typhoonów" oraz 387 średnich bombowców z 9. Zgrupowania Lotnictwa Taktycznego. Niemcy o dziwo nie przestraszyli się tej powietrznej armady i stawili amerykanom twardy opór. Mimo rozkazu dowódcy, że ucieczka z frontu, czy też wycofanie się i tchórzostwo będzie karane śmiercią walka nie trwała długo.
Jednym z żołnierzy amerykańskich walczących w tym czasie na półwyspie Cotentin był major Herman z 39. Pułku Piechoty (9. DP), który tak wspominał po latach walki o Fort Octeville: "Uderzyliśmy na Fort Octeville. Ogień zaporowy początkowo przygniótł nas do ziemi, lecz zaraz dało się dostrzec ludzi podnoszących się z ziemi, biegnących jak przerażone króliki prosto do fortu. Musieliśmy odwołać naszą artylerię; działa wstrzeliły się za blisko kompanii G, rozbijając jej pluton, Wszystko wyglądało źle. Nasze czołgi wsparcia zawróciły. Z sierżantem Maachim czołgaliśmy się pod ciężkim lecz wysokim ogniem karabinów maszynowych w stronę fortu, który nagle ukazał się naszym oczom niczym Grand Central Station. Nie pamiętam dobrze co wydarzyło się po dostaniu się tam. Mieliśmy dwie bazooki i jakieś 600 jardów do fortu kiedy trafiliśmy w posterunek. Przyklęknąłem by otworzyć ogień z peemu, kiedy dostałem serią w prawy bok. Zacząłem biec w stronę bunkra cały czas strzelając. Nagle coś wyrwało broń z moich, rozrywając mięśnie przedramienia mojej prawej ręki, na szczęście nie naruszając kości. Moi chłopcy powiedzieli, że upadłem bezwiednie do rowu".
26 czerwca 1944 roku von Schlieben został wzięty do niewoli przez żołnierzy amerykańskiej 9. DP. Generała Mantona Eddy'ego. Niedługo później amerykańska piechota szturmem wdarła się do portu, ale zastała tylko zniszczone urządzenia portowe. Zorganizowany opór w Cherbourgu ustał 27 czerwca (mianowicie portowa dzielnica dowodzona przez komandora Witta). Odbudowa portu trwało równo sześć tygodni. Amerykanie pocieszali się tym, że wzięli jednak do niewoli ok. 20 tys. jeńców niemieckich i zabezpieczyli swoją północną flankę oraz mogli skupić się na jednym froncie. Jeszcze przez kilka dni jednak bronił się twardo Cap de la Hague na północno-zachodnim krańcu półwyspu, który skapitulował 30 czerwca, lecz nie miał on większego wpływu na sytuację.
Duże znaczenie w sukcesach amerykańskich miały wojska brytyjskie i kanadyjskie które mimo, że "dreptały w miejscu" wiązały walką liczne siły niemieckie. Z wojskowego punktu, Montgomery wykonał wszystkie zaplanowane zadania, jednak jego podkreślanie znaczenia miasta Caen, szybko obróciło się przeciw niemu.
Miasto, które miało zostać zajęte w dniu "D" nadal pozostawało w rękach Niemców. Natomiast prasa w krajach alianckich domagał się jego zdobycia. Jednak mocno pobijana 2. Armii, która nieustanie naciskała na wroga, niebyła w stanie tego dokonać. Brytyjczycy i Kanadyjczycy przez 3 tygodnie przyjmowali na siebie uderzenia niemieckich wojsk i sami, co jakiś czas atakowali - to wszystko wyczerpało siły sprzymierzonych w tym regionie. Stało się jasne, że szybko nie ruszy nowa ofensywa na Caen zawłaszcz, gdy w jego region docierały pododdziały 2. DPanc. Wehrmachtu (jej elementy znalazły się pod Villers-Bocage już 13 czerwca) oraz dywizji SS - 9. "Hohenstaufen", 10. "Fründsberg", 2. "Das Reich" i 1. "Leibstandarte SS Adolf Hitler". 2. Armia przeszła do obronny na czas uzupełnienia strat, zaopatrzenia i wzmocnienia sił.
Operacja "Epsom" i niemieckie działania kontrofensywne
Zanim jeszcze padł Cherbourg, Niemcy 17 czerwca rozpoczęli planowanie wielkiej ofensywy, która miała zepchnąć aliantów do morza. Po burzliwej i nerwowej dyskusji Rommla z Hitlerem i Sztabem Generalnym zapadła decyzja, że atak zostanie przeprowadzony. Z analiz, jakie wyciągnięto po walkach od dnia "D" wynikało, że aliancka inwazji przebiega niezgodnie z planem opracowanym przez Amerykanie i Brytyjczycy i w dodatku straty w niektórych regionach są większe niż zakładano. Rommel mimo, że był sceptycznie nastawiony do takiego ataku zauważył, że siły aliancki są wyczerpane nieustannymi atakami i kampanią mającą za cel zająć Cherbourg. Wstępny plan ataku zakładał, że w kierunku Camount, aż do korytarza rzeki Vire, nacierać będzie II. KPanc. SS - w sile dywizji pancernych ,,Hohenstaufen", "Frundsberg" i "Das Reich". Na centralnym odcinku frontu natarcia II. KPanc. SS miała wspierać 2. DPanc. oraz piechotę z 276. i 277. Dywizji Piechoty, zaś na prawym skrzydle miała operować dywizja Panzer Lehr i "Hitlerjugend" (I. Korpus Pancerny SS) . Wszystkie jednostki dotarły na miejsce odpowiednich dyslokacji 25 czerwca. Wedle planów i zaleceń Hitlera wyznaczone do ataku jednostki miały kierować się na Balleroy i Bayeux, a następnie po ich zdobyciu ruszyć w stronę przyczółka zajmowanego przez amerykańską 1. Armię generała Bradleya. Plany te stały się jednak nieaktualne, gdyż 2. Armia brytyjska po błyskawicznym "odrodzeniu" sił, przystąpiła do operacji "Epsom". Wojska alianckie znów zaatakowały siłami 3 dywizji (około. 300 czołgów (koleinę 300 w rezerwie)) wzgórza 112 i 113 w pobliżu Evrécy, które nie zostały zdobyte podczas operacji "Perch". Atak rozpoczął się od nieudanego nalotu, który spowodował liczne straty w artylerii brytyjskiej. Z 736 dział mających wspierać natarcie ogień otworzyło tylko 320. Wsparcie z morza zapewniały 3 krążowniki i jeden monitor. Oddziały alianckie po woli posuwały się do przodu pod osłoną artylerii. Po dobrym początku, tempo natarcia aliantów uległo drastycznemu spowolnieniu, a większość sił została uwieziona w potężnych korkach oraz gdzieniegdzie zatrzymana przez niemiecką obronę. Choć przewaga aliantów była w tym momencie dość znaczna, to jednak pierwszy dzień ataku nie zakończył się sukcesem. Sierżant Green z 49. DP tak pisał o ataku Szkotów z 15. DP podczas operacji "Epsom":"Podczas przedzierania się przez zboże sięgające piersi, Szkoci zostali rozgromieni przez okopane Pantery strzelające z bliska. Choć natychmiast padli na ziemię, pociski moździerzowe bezlitośnie siekły łany. Ginących zastępowali żołnierze z kompanii rezerwowych, atak wszakże załamał się wobec silnego oporu wroga. Pułkowy punkt medyczny pracował na pełnych obrotach, by ulżyć cierpieniu rannych, ale kiedy tylko opatrzono jednych, natychmiast przynoszono następnych. Można było odnieść wrażenie, że to się nigdy nie skończy:. Atak frontowy został powtórzony następnego dnia, dość liczne wojska alianckie zostały związane walka przez małe siły niemieckie, które w dramatyczny sposób starały się obronić przed wrogiem. Sławna stała się bitwa dwóch tygrysów z 3. Kompanii 101. Batalionu SS, które w regionie Cheux odpierały atak całego 2. Gordon Highlanders wspieranego przez "Churchille" z 9. Royal Tank Regiment 31. Brygady. Mimo to, nacisk wojsk alianckich cały czas rósł i w kierunku miasteczka Colleville nacierały większość 11. DPanc. Ponosząc wysokie strat sprzymierzeni dotarli do podnóża wzgórza 112, ale zostali zatrzymani pomiędzy wzgórzem a Baron-sur-Odon. O zaciekłości Niemców może świadczyć krótki opis Chestera Wilmota poświęcony walce 12. DPanc SS podczas operacji "Epsom":"Żołnierze z 12. Dywizji SS walczyli z rzadko spotykanym uporem i zaciekłością, był to ich najlepszy bój w trakcie kampanii". Następnego dnia od nowa Montgomery wydał rozkaz do ataku. Tym razem Niemcy nie dali rady już przeciwstawić się masom alianckiej piechoty, dziesiątkom czołgów i samolotów wspieranych przez artyleryjską kanonadę i w końcu ustąpili z wzgórza 112. W dodatku wojska brytyjskie uchwyciły przyczółek pod Baron-sur-Odon. Po tych sukcesach jednak Montgomery wydał rozkaz zatrzymania natarcia 2. Armii. - miał ku temu powody. Z meldunków, jakie napływały wynikało, że niemiecki II KPanc. SS dowodzony przez SS-Obergruppenfuhrera und General der Waffen-SS Paula Haussera przygotowuję się do kontrataku (29 czerwca Hausser objął dowództwo nad całą 7. Armią, gdyż jej dowódca - generał Dollman - zmarł na zawał serca). Wojska niemieckie miały nacierać tak jak przewidywał to plan z 17 czerwca tylko, że teraz to celem były wojska 2. Armii pod Caen, a nie amerykanie, którzy właśnie okopywali się pod St. Lô. Duży wpływ na zmianę tego "starego" planu miały obawy Rommla i Hitlera, którzy sądzili, że alianci złamią front pod Caen i ruszą potężnym klinem pancernym w stronę Pas de Calais połączą się z 1. Grupą Armii Pattona, która uderzy właśnie tam. Rommel obawiał się, że większość 15. Armii zostanie okrążona i zniszczona, a 7. Armia odcięta od zaopatrzenia i wyniszczona przez 1. Armie Stanów Zjednoczonych. Jak widać, alianci wywiad jeszcze długo po rozpoczęciu inwazji potrafił zmylić Niemców, co do głównego miejsca inwazji.
Alianci dzięki rozszyfrowaniu kodów Enigmy znali niemieckie plany i skutecznie się przygotowali na tą kontrofensywę. Montgomery zrobił wszystko, żeby ani jeden niemiecki czołg nie przedarł się przez linię obrony. Wojska alianckie szykowały się na wielką bitwę pancerną, wszystkie siły został zmobilizowane w Anglii nawet rozważano nawet niekonwencjonalne plany jak, działania lotnictwa strategicznego które miało przyłączyć się do nalotów obronnych. Montgomery jak i cały sztab 21. Grupy Armii spodziewał się potężnego klinowego uderzenia pancernego, a jak się okazało Niemcy rozpoczęli atak od ataku pojedynczych pułków i batalionów. Co niewątpliwie ułatwiło zadanie lotnictwu alianckiemu jak i artylerii okrętowej oraz lądowej, która bez litośnie ostrzeliwała i atakował Niemców. Niemcy jak szybko się pokazali, tak szybko zaczęli się chować po lasach, zaroślach i miasteczkach starając się ukryć przed lotnictwem alianckim. Dopiero następnego dnia walki przybrały na sile i Niemcy odzyskali po starciach pancernych z aliantami wzgórze 112. Sukces został okupiony jednak wielkimi stratami w ludziach i sprzęcie. Niemcy w czasie teka dwudniowego ataku stracili, aż 9 tys. żołnierzy zabitych, rannych i zaginionych. Samych czołgów i dział szturmowych zostało zniszczone ok. 100. Straty te były tym bardzo bolesne dla Rommla przez to, że nie było ich czym uzupełnić. W tym samym czasie 30 czerwca w Normandii znajdowało się ponad 850 000 żołnierzy, blisko 120 tysięcy pojazdów i 570 tysięcy ton zaopatrzenia oraz 6 dywizji pancernych (brytyjskie - 7., 11., 79. i Dywizja Pancerna Gwardii oraz amerykańskie - 2. i 3. Dywizja Pancerna). Rommel meldował do dowództwa, że w czerwcu stracił w sumie około 250 tyś. żołnierzy w tym 18 generałów.
Na skutek nieudanych niemieckich działań na froncie zachodnim jak i wysokich strat oraz pogarszającej się strategicznej sytuacji wojsk niemieckich w Normandii, Hitler odwołał ze stanowiskiem szefa OB "West" marszałek von Rundstedt, na którego miejsce Hitler desygnował marszałka von Kluge. W samej strefie frontowej 2 lipca 1944 roku ze stanowiskiem dowódcy Grupy Pancernej "Zachód" został usunięty generał Geyr von Schweppenburga, a jego stanowisko objął generał Heinz Eberbach. Zmiany te i tak jeszcze bardziej zaszkodziły niż pomogły Niemcom.
Operacji "Windsor" i "Charnwood".
Niemieckie dowództwo wywnioskował, że Brytyjczycy po ostatnich akcjach zaczepnych są osłabieni, a siły amerykańskie lada chwila rozpoczną atak. Na skutek tych spostrzeżeń, część niemieckich jednostek miała zostać przerzucona z pod Caen w region St. Ló. Niemieckie ruchy wojsk zostały zdemaskowane przez aliancki wywiad na skutek, czego Montgomery wraz z swoim sztabem opracował plan operacji "Windsor". Plany operacji tej zakładały, że 7. i 8. Brygada Piechoty oraz część kanadyjskiej 2. Brygady Pancernej zaatakują wieś Carpiquet i znajdujące się tam lotnisko obsadzone przez 150 grenadierów z 25. PGPanc. SS. Aliancki atak rozpoczął się rankiem 4 lipca od przeprowadzenia ostrzału artyleryjskiego prowadzonego przez prawie 500 dział oraz pancernik H.M.S. "Rodney" i monitor H.M.S."Roberts". Sprzymierzeni bez problemów zajęli wieś Carpiquet, ale nie udało się jednak zdobyć pobliskiego lotniska, choć walki trwały, aż do zachodu słońca. Operacja "Windsor" okazała się małym uderzeniem, które nie wpłynęło znacząco na zmianę sytuacji frontowej, a wojska alianckie poniosły kolejne straty, które ukazuje częściowo kronika Pułku de la Chaudiere z kanadyjskiej 8. Brygada Piechoty, który walczył w Carpiquet 4 lipca: Pułk Chaudiere po poniesieniu stosunkowo wysokich strat stłumił opór wroga, a kompanie szturmowe zajęły pozycje w niewielkiej odległości od pierwszych zabudowań wsi, podczas gdy kompanie A i C wysunęły się przed nie. Porucznik Miller natknął się na dwóch przebranych Niemców. Jeden z nich był w mundurze brytyjskiego kapitana, drugi- brytyjskiego szeregowca. Zdając sobie sprawę z konsekwencji podobnego łamania prawa wojennego, obaj esesmani walczyli aż do końca... Dzisiaj żadna strona nie bierze jeńców". Ostatnie słowa tej kroniki, dobitnie wyjaśnia Sierżant Gariepy z kanadyjskiego 6. Pułk Pancernego mówiąc, że: "Byłem świadkiem prawdziwej rzezi piechoty [niemieckiej] na polu niedaleko Carpiquet. Niemcom udało się przedostać do wysuniętego stanowiska Pułku Chaudiere, twardych, surowych Kanadyjczyków francuskiego pochodzenia... Znajdowaliśmy się, blisko, kiedy o ok. godz. 4.00 rozległ się alarm. Żołnierze z Pułku Chaudierebry w panującym półmroku podrzynali gardła niemal wszystkim Niemcom, na jakich natrafiali, nawet rannym i martwym. Chłopcy wpadli w szał, bo komuś udało się ich podejść. Oficerowie z ich pułku pod groźbą użycia broni przywołali własnych ludzi do porządku". Przez całą noc Kanadyjczycy mimo strat zbierali jednak siły i przygotowywali się do kolejnego szturmu. Jednak na skutek przybycia w region walki następnego dnia niemieckich pododdziałów 1.DPanc. SS "Leibstandarte SS Adolf Hitler", alianci odwołali natarcie. Dywizja ta, choć została poważnie osłabiona przez lotnictwo alianckie w czasie sowiego przemarszu z Belgii do Normandii nadal posiadała 100 czołgów w tym 49 PzKpfw V Panther. 2. Armia zaprzestała ataków na froncie, aż do 8 lipca. Tego dnia, rozpoczęła się koleina wielka pancerno-zmechanizowana ofensywa Montgomery'ego. Ponad 110 tyś. żołnierzy wspartych przez 500 bombowców strategicznych, dziesiątki myśliwców bombardujących, kilkanaście pułków artylerii, cztery okręty liniowe i 350 czołgów runęły na 15 tyś. żołnierzy niemieckich wspartych przez około 50 czołgów w regionie Baron-sur-Odon. Niemieccy żołnierze, walczyli z wielkim poświeceniem, co ukazują wspomnienia Kurt Meyer, dowódca 12. DPanc SS: "Żołnierze, kompletnie wyczerpani walką, zapadli w głęboki sen. Oficerowie stanęli na straży. Co jakiś czas do bunkra docierali kolejni ludzie i wycieńczeni padali na ziemię" Żołnierze z 12. Dywizji Pancernej SS są na skraju możliwości fizycznych" Na wojnę poszli wiele miesięcy temu z uśmiechem na twarzach. Dziś, ubłocone stalowe hełmy skrywały twarze, których właściciele zbyt często musieli patrzeć śmierci w oczy. Ludzie ci przedstawiali obraz najgorszej nędzy, niemniej niedane im było odpocząć" Każdego z grenadierów trzeba było budzić indywidualnie. Wytaczali się półprzytomni z bunkra i wieszali na powrót taśmy z amunicją wokół szyi; ciężkie taśmy od ckm-ów przyginały na wpół obudzonych chłopców do ziemi. Klnąc, żołnierze założyli uprząż, by pociągnąć dwa ciężkie działa piechoty i ruszyli na powrót w kierunku płonącego miasta". W taki to sposób rozpoczęła się operacja "Charnwood", która wedle założeń miała być niejako kontynuacją operacji "Epsom". Tym razem atak rozpoczął się od potężnego nalotu, jednak ze względów bezpieczeństwa główny cel dla jednostek prowadzących formacie bombowców przesunięto w głąb wrogich pozycji na skutek, czego załogi bombowców pozbawiły życia i domów tysiące mieszkańców Caen, a samo miasto zamieniły w morze ruin, które okazały się prawdziwą fortecą dla Niemców. Tym raz lotnictwo zrobiło więcej niż było konieczne, ponieważ przez użycie ciężkich bomb, liczba ruin, lei i przeszkód terenowych była tak wielka, że czołgi nie mogły się po tym obszarze poruszać. Dopiero wprowadzenie buldożerów, które równały teren pozwoliło na wkroczyć pojazdom na ten obszar. Mimo to, kanadyjska 3.DP kosztem 4500 żołnierzy wdarła się do zrujnowanego miasta i zajęła jego północną część oraz utworzyła niewielki przyczółek na południowym brzegu, przepływającej przez Caen, rzeki Orne. Niemcy widząc, że front w regionie Caen jest ponownie zagrożony, choć wcześniej sądzili, że alianci w tym regionie są wyczerpani i nie zaatakują na wielką skalę zaczęli z powrotem ściągać wojska maszerujące w stronę amerykanów. W tym czasie na front przybyły też posiłki i to z "najwyższej półki". W regionie Caen pojawił się, 503. Batalionu Czołgów Ciężkich (wyposażony w pojazdy PzKpfw VI "Tiger" oraz König Tigery) i 102. Batalionu Czołgów Ciężkich SS (wyposażony w pojazdy PzKpfw VI "Tiger" I). Siły niemieckie zostały też wzmocnione oddziałami piechoty ściąganej z całej Europy Zachodniej.
Przygotowania do brytyjskiej operacji "Goodwood" i amerykańskiej operacji "Cobra".
Gdy wojska 2. Armii walczyły z silnymi niemieckimi zgrupowaniami w regionie Caen, amerykańska 1. Armia od 3 lipca pomału wgryzała się w niemieckie linie obrony w regionie St. Ló. Prowadząc ciężkie, gwałtowne i krwawe walki zajmowała koleinę kilometry terenów poprzeplatanych żywopłotami. Na całym froncie posuwała się na południe, ale do 19 lipca poszczególne korpusy amerykańskie wdarły się tylko od 5 do 15 kilometrów w głąb niemieckich pozycji. Ofensywa ta okazała się bolesną szkołą dla armii amerykańskiej, które jednak w końcu wydarła się na otwarte tereny. Teraz amerykańska przewaga w sprzęcie pancernym i wielka ilość środków transportu miały w końcu szansę pokazać się z dobrej strony. Sztab 1. Armii w trakcie trwania jeszcze pierwszej ofensywy opracował plan drugiej, której nadano kryptonim "Cobra". 1. Armia przez wiele dni przygotowywała się do tego ataku. W jednym punkcie, na zachód od St.Ló zgromadzona została większość artylerii i czołgów. Atak miało wspierać 3 tyś. samolotów. Amerykanie planowali, że w wyłom stworzony przez pierwszy uderzenie dywizji piechoty runą amerykańskie dywizje pancerne i zmotoryzowane, które na otwartej przestrzeni otoczą i zniszczą siły niemieckie. 10 lipca plan tej operacji przekazano dowódcy 21. Grupy Armii, który z wielkim entuzjazmem przyjął go. Montgomery obiecał Bradleyowi, że dostanie tyle samolotów ile będzie chciał oraz, że 2. Armia wszystkimi posiadanymi siłami wesprze amerykanów i przeprowadzi potężną ofensywę w regionie Caen, której celem będzie odciągniecie sił niemieckich od 1. Armii. Atak brytyjsko-kanadyjski miał ruszyć 18 lipca, operacji tej nadano kryptonim "Goodwood", amerykańska 1. Armia miała zaatakować 21 lipca w ramach operacji "Cobra". Alianci rozpoczęli pośpieszną koncentracie sił, środków i zaopatrzenia niezbędnego dla tak szeroko zakrojonej operacji. Za linią frontu po stronie amerykańskiej, na każdej prawie polanie okopywały się działa artyleryjskie, czołgi, piechota odpoczywała i przygotowywała się do ataku, a zwiadowcy starali się jak najdokładniej ocenić siły i dyslokację wroga. Amerykanie starali się jak najdokładniej przygotować tą operację. Sztab 1.Armii bardzo dokładnie przeanalizowali przebieg walk pod Caen i zauważyli, że przeprowadzane tam ataki lotnicze zbyt wiele szkód uczyniły własnym oddziałom. Dość często zdarzały się, bowiem sytuacje, w których bomby przeznaczone dla Niemców spadały na stanowiska żołnierzy brytyjskich i kanadyjskich. Aby tego typu pomyłki już więcej się nie zdarzyły w armii wprowadzono różnego rodzaju systemy identyfikacji wojsk. Żołnierze alianccy np. rozciągali na ziemi wielkie kolorowe płachty, które miały pokazywać, gdzie są swoi. W niektórych oddziałach sowie pozycje zaznaczano kolorowymi znakami dymnymi. Jednak najlepszym rozwiązaniem stały się system bezpośredniej łączności miedzy wojskami lądowymi a lotnictwem. W wielu pojazdach pancernych zamontowano potężne radiostacje, dzięki którym żołnierze wojsk lądowych w razie potrzeby mogli wzywać na pomoc alianckie samoloty myśliwsko-bombowe i naprowadzać je na cel. W jednostkach lądowych wprowadzono też specjalnych oficerów i podoficerów z sił powietrznych, którzy dzięki łączności z kolegami w samolotach nakierowali samoloty na cel. Problemem pozostało jedynie współdziałanie z ciężkimi bombowcami, których nie można było nakierować na wroga tak dokładnie, jak latających tuż nad ziemią znacznie mniejszych i zwrotnych myśliwców. Dość niskie morale w wojsku amerykańskim szybko się podniosło, gdy stało się jasne, że piekło żywopłotów się skończyło, a przed dywizjami szykującymi się do ataku rozpościera się falisty krajobraz nadający się do przeprowadzenia natarcia pancernego. Przed amerykanami rozciągała się również gęsta sieć dróg, a pozycji tych broniły mocno osłabione niemieckie dywizję.
Wstępne przygotowanie bojowe do ataku rozpoczęło się od przeprowadzenia dwóch zaczepnych operacji w okolicach Caen. Pierwszą z nich rozpoczął 15 lipca, gdy 30. Korpus na zachodnim brzegu Odonu przystąpił do działań ofensywnych. Nocą z 15 na 16 lipca z przyczółka pod Baron uderzył XII. Korpus. Brytyjczycy znów nie zajęli dużego terenu, ale za to związali walką i osłabili 4 niemieckie dywizję pancerne i 2 dywizie piechoty. Operacie te zakończyły się 18 lipca.
Ważnym elementem, który pomógł aliantom było wydarzenia z 17 lipca 1944 roku, gdy to samochód dowódcy Grupy Armii ''B" feldmarszałka Erwina Rommla został ostrzelany przez "Spitfire'a". W wyniku ataku kierowca Rommla, starszy sierżant Daniel, stracił panowanie nad kierownicą i samochód uderzył w drzewo, przekoziołkował kilka razy i zatrzymał się na poboczu. Trafiony w lewy policzek i lewą skroń Rommel dodatkowo doznał złamania podstawy czaszki. Na ironię zakrawał fakt, że w pobliżu miejsca, gdzie samochód dowódcy Grupy Armii "B" zaatakowały brytyjskie myśliwce, znajdowała się wioska nazywająca się... Montgomery. W zastępstwie "Lisa Pustyni" dowództwo nad Grupą Armii "B" objął marszałek von Kluge, który połączył tę funkcję ze stanowiskiem naczelnego dowódcy frontu zachodniego.
Przebieg operacji "Goodwood".
Wczesnym rankiem 18 lipca 1944 roku 2. Armia ruszyła do wielkiego ataku - rozpoczęła się operacja "Goodwood". Głównymi celami operacyjnymi tej ofensywy miało być zdobycie południowej części Caen oraz wzgórz Bourguebus, które blokowały pochód alianckich wojsk w kierunku Falaise. W tym miejscy niemieckie linie obrony były na prawdę potężne. Terenu tego broniła dywizja 346. DP i 16. Dywizji Polowej Luńwaffe, 21. DPanc. oraz dywizję "Leibstandarte" i "Hitlerjugend". Na samych wzgórzach rozmieszczono, aż 78 armat przeciwlotniczych kalibru 88-milimetrów, a w obwodzie znajdowało się 120 czołgów z dywizji "Leibstandarte" i "Hitlerjugend". Oprócz tego wsparcie ogniowe zapewniała artyleria ukryta wokół Garcelles i Secqueville. O godzinie 2:30 w stronę Niemców wyruszyło ponad 900 alianckich czołgów ( 7., 11. i Dywizji Pancernej Gwardii) wspieranych pośrednio przez tysiące żołnierzy piechoty. VIII Korpusem dowodził generała O'Connora. Gdy masa wojsk 2. Armii zbliżała się do pozycji Niemieckich, rozpoczął sie potężny nalot. Pomiędzy godziną 5.45 a 7. 45 2 tyś. bombowców zrzuciło na Niemców 5938 ton bomb. Mieszkańcy Caen, którzy pozostali w mieście mówili potem, że "Najwyraźniej postanowiono całkowicie zniszczyć Caen - a raczej to, co z niego zostało". Gdy tylko ostatnie samoloty pozbywały się bomb strzelać zaczęła brytyjska artyleria - setki dział miały dokończyć dzieła zniszczenia. Straty powstałe w wyniku bombardowania i przygotowania artyleryjskiego nie były jednak tak poważne, jak się wydawało na pierwszy rzut oka i po niedługim czasie niemieckie oddziały otrząsnęły się z szoku i powróciły na opuszczone stanowiska. Kurt Meyer w swoich wspomnieniach ocenił, że nalot na Caen nie wyrządził większych szkód wojskom niemieckim "Same oddziały nie ucierpiały od tego ataku w najmniejszym stopniu". Przez cały dzień wojska alianckie nacierał, starając się złamać opór przeciwnika. Jak wspominają uczestnicy tych wydarzeń, rozpętało się prawdziwe piekło. Pierwszego dnia operacji "Goodwood" VIII. Korpus stracił aż 197 czołgów, z czego 126 przypadało na 11. DPanc. O dziwo Niemcy przez cały dzień stracili tylko 30 czołgów. Straty w ludziach po obydwu stronach były wysokie i ciężko jest określić ich rozmiar, jednak wspomnienia Majora Bill Close z 11. DPanc pokazują nam, że straty musiały być wielkie, a walki krwawe: "Ostrzegliśmy idącą za nami Dywizję Pancerną Gwardii o Cagny. Mimo to parła ona naprzód i w ciągu kilku sekund traciła tam około 20 czołgów. Mogliśmy obserwować, jak prowadzący pułk usiłował uniknąć ognia z Cagny. Gdy to robił, kolejne czołgi zostały zniszczone, tym razem ogniem z lasku na wschodzie. Atak zatrzymał się." Parliśmy bez przeszkód naprzód w rozwiniętym szyku, moja kompania na czele. Gdy dotarliśmy na odległość około 1000 metrów do wiosek na wzgórzach [Bourgebus], trafiliśmy na skoncentrowany ogień osiemdziesiątek ósemek. W ciągu kilku sekund około 15 czołgów stanęło w ogniu. Wszystkie próby zawracania w lewo czy w prawo były bezskuteczne. Po południu pozostało mi tylko kilka nietkniętych czołgów. Druga kompania nie miała się lepiej. Musieliśmy przerwać atak i się wycofać ". 19 lipca 1944 roku oddziały brytyjskie jeszcze raz zaatakowały Bourguebus, gdzie doszło do krwawych walk i bitwy pancernej miedzy tygrysami, a czołgami z 5. Royal Tank Regiment. Mimo wysokich strat (19 lipca 2. Armia straciła 99 czołgów i ok. 900 żołnierzy) nie przerwano natarcia. 20 lipca wojska alianckie zajęły Beauvior i skutecznie nacierały w stronę Bourgebus i Frenouville rozbijając po drodze wszystkie niemieckie oddziały gwałtownym ogniem artylerii. Pod Bras 11. DPanc. wraz z artylerią całkowicie unicestwiła wszystkie siły niemieckie. Mimo tych sukcesów 2. Armia nie mogła już nadal nacierać i wieczorem 20 lipca dowódca brytyjskiej 2. Armii, generał Dempsey, zatrzymał natarcie i wydał rozkaz by wojska przeszły do obrony. Operacja "Goodwood" pochłonęła po stronie alianckiej 4 tyś. ofiar oraz straconych 314 czołgów. Jednak Monty opanował pozostałą część Caen, a raczej "... po prostu pustynie cegieł i kamieni, marnotrawstwo, które przywodzi na myśl łan zboża, który przeorano. Ludzie wpatrywali się w nas bez jakichkolwiek emocji. Wiedząc, kto to zrobił, nie śmieliśmy im spojrzeć w twarz. Przynieśliśmy tym ludziom wolność, a to jest cena, jaką za nią zapłacili". Wojska 2.Armia poza miastem opanowały również półkole o promieniu około 11 kilometrów na południe od Caen. Gdy sztab 21.Grupy Armii uznał, że operacja zakończyła się sukcesem, Eisenhower powiedział, że to było absolutne fiasko - miał nadzieję, że zapowiedziane przez Montgomery'ego przełamania frontu w końcu nastąpi.
Przebieg operacji "Cobra".
Wedle planów operacji "Cobra" miała rozpocząć się kilka godzin po zakończeniu operacji "Goodwood". Jednak warunki atmosferyczne 20 Lipca nie pozwalały na skuteczne użycie lotnictwa, rozkaz by samoloty alianckie zawróciły nie dotarł do wszystkich bombowców i część zrzuciła bomby na... amerykańską 30.DP. amerykanie ponieśli ciężkie straty, co ukazane jest w wspomnieniu i naocznym świadku tego wydarzenia Porucznik Sidney Eichen: "Mój oddział był zdziesiątkowany. Nasze działa przeciwczołgowe przestały istnieć. Zobaczyłem jednego z kierowców, Jesse'go Ivy, przeciętego w pół. Kapitana Bella zasypało w leju". Atak wojsk lądowych odwołano. Montgomery widząc, że Niemcy mogą zorientować się w ich planach, w jednego dnia opracował i wdrożył w życie operację "Spring". 2.Armia znów ruszyła do natarcia 21 lipca, tym razem jej czołgi obrały za kurs region Falaise. Do ataku przystąpił kanadyjski II. Korpus razem z brytyjskimi 7. DPanc i Dywizją Pancerną Gwardii. Ciężkie walki rozgorzały w regionie Verriers oraz w rejonie szosy krajowej nr 158, prowadzącej z Falaise do Paryża. Operacja ta, choć była prowizorką, związała dużą część sił niemieckich, które nie mogły się przegrupować i przygotować na atak amerykański, który rozpoczął się 25 lipca. Wtedy to 1. Armia ruszyła do realizacji planów operacji "Cobra". 1800 bombowców oraz 500 myśliwców zaatakowało Niemieckie pozycje obronę przebiegające wzdłuż szosy z St. Ló do Periers. Duży wpływ na sukces nalotów mieli oficerowie naprowadzania lotnictwa (FAO), którzy mogli rozmawiać jednocześnie z jednostkami naziemnymi, pilotami samolotów, dowództwem poszczególnych dywizji i bateriami udzielającymi wsparcia artyleryjskiego.
O ile myśliwce działały bezbłędnie, o tyle bombowce znów zrzuciły bomby niezbyt celnie. Część bomb sięgnęła pozycji 4. DP gdzie zginęło 111 żołnierzy, a 490 zostało rannych. W nalocie tym zginął również gen. McNair wizytujący linię frontu. Jednak prawdziwy horror amerykańskiego ataku przeżyli Niemcy. Wielkość strat nie była wielka i po pierwszym szoku, Niemcy zaczęli zbierać siły. Wojska amerykańskie, gdy jednak przypuściły szturm na linie niemieckie trafiły na twardy opór. Szczególnie nieustępliwi okazali się żołnierze z dywizji Panzer Lehr, 17. Dywizji SS "Götz von Berlichingen" i "Das Reich". Jednak już następnego dnia 26 lipca dywizje VII. i VIII. Korpusu przebiły się przez linie obronę Niemców w dwóch rejonach - pod St. Ló i na odcinku Lessy, Periers. Wyłom ten wykorzystały dywizję pancerne 1. Armii Stanów Zjednoczonych. Cztery dywizje pancerne, uderzając dośrodkowo na Coutances okrążyły i zniszczenie w "kotle" Coutances znacznej części trzech niemieckich dywizji piechoty i dywizji pancernej Panzer Lehr. Tego dnia generał Bayerlein dowódca dywizji Panzer Lehr wysłał do sztabu Grupy armii "B" sławny meldunek "Na froncie nikt nie opuścił stanowiska. Nikt. Moi strzelcy, saperzy i załogi czołgów nie cofnęły się przed wrogiem. Ani jeden z żołnierzy nie zszedł z posterunku. Leżą cicho w swoich okopach, bo są martwi. Może Pan powtórzyć feldmarszałkowi, że Panzer Lehr nie istnieje". Z każdą godziną opór Niemców był coraz słabszy, a wojska amerykańskie coraz agresywniejsze. Niektóre alianckie kolumny pancerne wdzierały się głęboko za linię obrony wojsk Niemieckich. Tam gdzie jednak na drodze amerykanom stała dywizja "Das Reich" dochodziło do najbardziej zaciekłych walk w tej kampanii. Niemcy widząc, że amerykanie rzucają do walki coraz więcej wojsk postanowili wycofać się do Avranches. Jednak i tutaj Niemcy nie mogli nic zdziałać, tempo i siła natarcia amerykańskiego rosło, po przełamaniu kolejnej linii umocnień niemieckich dywizje amerykańskie ruszyły na południe, sforsowały z marszu rzekę Sienne, opanowały Granville, Gavrey i Villedieu, a 31 lipca zdobyły Avranches i przeprawę przez rzekę, Selune pod Ducey. Tępo natarcia czołgów amerykańskich było tak duże, że często zdążały się sytuacje, że czołgi zastawiały pułapki za liniami Niemieckimi i urządzały wycofującym się wojskom wroga prawdziwy pogrom, lub też wojska pancerne tak daleko zapuszczały się w głąb lądu, że Niemcy wracali na wcześniejsze pozycie, bo ich czołgi wyminęły. Do takiej sytuacji doszło np. w mieście Brecey, gdzie czołgi zdobyły to miasteczko razem z piechotą poruszającą się wraz z nią i potem ruszyły w pościg za wrogiem, a w tym czasie inny niemiecki odziały wycofujący się zajęły bez walki tą osadę, którą musiał zdobyć znów 703. Batalion Niszczycieli Czołgów. Alianci osiągnęli zasadniczy cel operacji "Cobra" przebili, a następnie utrzymali korytarz, który pozwalał na wypuszczenie sił amerykańskich w trzech kierunkach - na zachód do Bretanii, na południe nad Loarę i na wschód - na tyły obrony niemieckiej. Niemcy zdając sobie sprawę z trudnej sytuacji, jaka powstała chciały odbić Avranches, ale natarcie wykonane przez 77. DP pod dowództwem pułkownika Rudolfa Bacherera zakończyło sie katastrofą i wielkim stratami. Amerykanie szli cios za ciosem i nie zatrzymywali sie, już 31 lipca zdobyli most w Pontaubault. Dzięki temu 3. Armia Pattona wyruszył na podbój Bretanii - jednostka ta oficjalnie włączyła się do walki. W tym samym czasie 1.Armia w sile VII., XIX. i V. Korpusu zaatakowała frontalnie przełamaną strefę obrony niemieckiej, ciągnącą się na wschód od korytarza przebitego w rejonie Avranches.
Przełamanie niemieckiego frontu.
Wraz z tymi sukcesami brytyjska 2. Armia po uzupełnieniu strat i przegrupowaniu się ruszyła do kolejnej ofensywy 30 lipca w ramach operacji "Bluecoat". Wojska brytyjskie nacierały miedzy rzekami Drome i Odon, na rubieży Caumont - Hottot. Wieczorem 31 lipca czołówki wojsk brytyjskich dotarły już do miejscowości Vire. Przez następne 3 dni prowadzono ciężkie walki o to miasto i okolicę. Miasto padło ostatecznie 6 sierpnia pod ciosami 116. Pułku Piechoty (29. DP). Ogromną rolę odegrał w tej operacji 2. Pułk Household Cavalary ze swoim samochodami pancernymi, który miał przejechać przez lukę w pozycjach piechoty nieprzyjaciela i znaleźć słaby punkt- cel dla wojsk pancernych. Dwa z tych samochodów pancernych, pod dowództwem por. D. B. Powle'a przekradły się przez niemieckie linie i w śmiałej akcji zajęły strategicznie ważną przeprawę na rzece Souleuvre, 10 km za niemieckimi liniami, przez którą prowadziła główna droga do Le Beny Bocage i Vire. O zmierzchu, 31 lipca 11. DPanc. zbliżyła się do miejsca, znanego odtąd jako "Most Dickie'ego". Kronikarz 11. DPanc. pisał: "Zdobycie mostu, które umożliwiło natarcie na południe, stało się niekwestionowanym punktem zwrotnym kampanii" Tego samego dnia, gdy trwały walki o Vire, alianckie lotnictwo zadało koleiny bolesny cios Niemcom. Samoloty z 305. Dywizjonu RAF zniszczyły 4 zbiorniki z trzynastoma milionami litrów paliwa w miejscowości Nomexy. Front został przełamany, jak wspomina spadochroniarz z 5. Dywizji Strzelców Spadochronowych Karl Max Wietzorek: "Nie istniał już prawdziwy front. Żołnierze obu stron dokładnie się wymieszali. Zastanawiam się, ilu naprawdę Brytyjczyków i Amerykanów zabiły ich własne bombowce. Widzieliśmy, jak błyszczące w Słońcu bomby spadają bardzo często na pozycje Amerykanów. Nasza łączność została sparaliżowana, nie dostawaliśmy racji żywnościowych". 1 sierpnia, po zapadnięciu zmroku, oddziały amerykańskiej 4. DPanc zdobyły most w Pontaubault i wkroczyły do Bretanii. Tego samego dnia gen. Bradley przejął dowodzenie nad 12. Grupą Armii, zaś 1. Armia przypadła gen. Courtneyowi Hodgesowi. W tym samym czasie feldmarszałek von Kluge ostrzegał OKW: "Lewe skrzydło runęło".
Niedługo potem, 2 sierpnia, oddziały Hodgesa zajęły miasto Mortain, zaś w tym czasie gen. Pattonowi udał się niezwykły wyczyn - przez jeden tylko most w Pontaubault w ciągu 72 godzin przeprowadził 7 dywizji swojej 3. Armii. Większość tych sił runęła na wschód, wychodząc na tyły niemieckiej 5. Armii Pancernej. Jednak dalszy pochód na głównym kierunku natarcia wojsk amerykańskich został zahamowany (3. Armia jednak nadal nacierała na Orlean, Le Mans i Angers). 7 sierpnia 1944 roku 6 niemieckich dywizji tworzących Grupę Pancerną "Eberbach", przeprowadziło nagły kontratak skierowany w Avranches. Sukces tej operacji "Luttich", jaki dostała kryptonim, doprowadziłby do odcięcia 3. Armii amerykańskiej od reszty sił alianckich. Najpierw jednak Niemcy musieli uporać się z amerykańską obroną rejony St. Barthelmy-Juvigny-Mortain, pełnioną przez amerykańską 30. Dywizję Piechoty, która przejęła pozycje 6 sierpnia. Atakując pod osłoną porannej mgły, niemieckie oddziały pancerne z impetem uderzyły na pozycje amerykańskie, przerywając je w wielu miejscach. Obrońcy bronili się wyjątkowo dzielnie. Pomimo niemieckiej przewagi liczebnej, twardo bronił się 2. Batalion 120. Pułku Piechoty na Wzgórzu 314 pod Mortain, wzgórzu kluczowym do utrzymania linii frontu. Ze wsparciem artylerii trzech dywizji (4., 9. i 35. Dywizji Piechoty) oraz sił powietrznych osamotniony batalion bronił się do 12 sierpnia, tracąc w tym czasie połowę swojego stanu. Doszło do sytuacji, że oblężonym żołnierzom trzeba było dostarczać medykamenty w pociskach artyleryjskich, wystrzeliwanych na ich pozycje.
Na Niemców spadło silne uderzenie lotnictwa oraz artylerii, a oddziały sprzymierzonych przeszły do ataku mającego w celu uratowania oddziałów 30. DP. Wbrew obiegowym opiniom, to nie lotnictwo wyeliminowało gros niemieckich pojazdów pancernych ale ciągłe usterki i problemy techniczne, o czym wyraźnie mówił major Helmut Ritgen ze 130. PPanc. Połowa z jego 22 maszyn, które wyruszyły do ataku 7 sierpnia, została unieruchomiona z przyczyn technicznych: "Brakowało zaopatrzenia. Nie było uzupełnień, części zamiennych, mieliśmy przetrącony kręgosłup". Niemcy po porannych sukcesach, szybko ulegli aliantom, którzy już wieczorem zaczęli gromadzić siły zdolne zatrzymać ich uderzenie. Ostatecznie, ofensywa wygasła 12 sierpnia. Niemcy stracili blisko 80% czołgów i innych pojazdów rzuconych do walki, równie poważne były straty Luftwaffe, która miała wspierać tą operacje, a która została zniszczona przez alianckie lotnictwo na głębokim zapleczu frontu. Również i Amerykanie ponieśli ciężkie straty - walki wokół Mortain doprowadziły 30. DP na skraj rozpadu. Major Heinz-Gunther Guderian, szef sztabu 116. DPanc (i syn niemieckiego inspektora wojsk pancernych) tak pisał o fiasku operacji "Luttich":"Nie ulega wątpliwości, że przyczyniło się do niego lotnictwo- byliśmy pod wielkim wrażeniem amerykańskiego lotnictwa, artylerii i świetnej postawy piechoty, która nas zaskoczyła".
W tym samym czasie amerykanie ruszyli w głąb Francji i zaczęli wychodzić na tyły dwóch niemieckich armii, które zaciekle atakowana przez Brytyjczyków, Kanadyjczyków i Polaków nie miały gdzie się już cofać, blokowane od południa przez czołgi Pattona, zajmujące kolejne wsie i miasteczka. Amerykański "prawy sierpowy" wygiął tak linie frontu, że nabrała on kształtu pętli, tworząc słynny kocioł w rejonie Falais-Chambois-Argentan. Głównym powodem utworzenia się tego "worka", była decyzja o przeprowadzeniu operacji "Luttich"- która była niczym innym, niż tylko wsadzeniem łba w pętlę przygotowaną przez aliantów. Postęp wojsk lądowych 3. i 1. Armii amerykańskiej był tak szybki i duży, że często zdarzały się sytuacje, w których lotnictwo myliło swoich z wrogiem.
Operacja "Totalize" i "Tractable" - zamkniecie kotła pod Falaise.
7 sierpnia 1944 roku 1. Armia kanadyjska oraz 2. Armia brytyjska przystąpiły do ostatecznego natarcia mającego za cel przełamać linie obrony niemieckiego I. KPanc. SS na linii miejscowości la Hogue - Tilly la Campagne - May sur Orne. Operacja ta pod kryptonimem "Totalize" rozpoczęła się w nocy, jednak według całkowicie innego scenariusza niż wcześniejsze alianckie ataki. 1000 bombowców zbombardowało flanki niemieckich linii obrony, a wojaka alianckie wykorzystując element zaskoczenia wdarły się głęboko w niemieckie linie obrony, sukcesy ataku na niektórych fragmentach frontów były większe niż zakładano. Rano do walk włączyła się artyleria oraz Polska 1. DPanc. wspierana przez kanadyjską 4. DPanc. Przez ostrzał artylerii i liczne pola minowe wojska alianckie szybko się ze sobą zmieszały i stały się nieskuteczną masa mięsa armatniego, co wyraźnie widać w słowach Brygadiera Essame z 49. DP" "Wszystko szło dobrze do momentu, w którym rozpoczął się ostrzał. Wtedy kolumnę natychmiast spowiła chmura pyłu, w której niemożliwością było dojrzeć nawet światła następnego pojazdu kilka metrów dalej", Gdy rozpoczęto ostrzał, wskazówki kompasów natychmiast zwariowały i urządzenie te stały się bezużyteczne" Wielkie cienie czołgów majaczyły we mgle, padały pytania, "kto jedzie?". Wydawało się, że trałowce czołgowe, niszcząc miny były wszędzie, a ramiona ich żurawi torujące drogę pośród ciemności jedynie potęgowały poczucie chaosu". W rezultacie, część z oddziałów kanadyjskich przemieszała się z naszymi. Załoga jednego z ich czołgów spędziła z nami resztę nocy". Oddziały te po nalocie ok. 500 bombowców miały ruszyć do w południe, ale na skutek błędu lotnictwa zbombardowano również własne oddziały i atak został przesunięty na godziny popołudniowe. Alianci przez wykorzystanie przewagi liczebnej chcieli przełamać opór niemiecki, ale się ich atak spotkał się z silnym oporem niemieckim i sprzymierzeni ponieśli znaczne straty, które jednak w ciągu kilku godzin uzupełnili i już następnego dnia zaatakowały ponownie Niemców. 10 sierpnia po bezskutecznych szturmach na wielokrotnie mniejsze sił wroga, alianci zakończyli operację "Totalize". Niemcy mimo powstrzymania natarcia alianckiego na północy, byli jednak bezradni wobec sił amerykańskich, które już 10 sierpnia zbliżali się do Argentan. Wielkim problemem dla wojsk 3. i 1. Armii okazały się potężne korki na drogach, niż opór wroga. 12 sierpnia 5. DPanc. wdarła się do Argentna i tam zatrzymała się - kocioł pod Falaise nie został domknięty. Amerykanów od tego miasta dzieliło zaledwie 18 kilometrów, które mogły pokonać dość szybo ponieważ na drogę tego natarcia Niemcy nie mogliby skutecznie się bronić, bo nie mieli czym. Gen. Bredley obawiał się, że rozciągnięte amerykańskie siły nie zdołają otrzymać wszystkich pozycji, a wojska brytyjskie zmienią swój kierunek natarcia widząc, że amerykanie zrobili, co trzeba. Montgomery widząc, że amerykanie stoją i czekają na ruch swoich sprzymierzeńców z regionu Caen postanowił atakować ponownie na Falaise. Atak w ramach planów operacji "Tractable" atak miał rozpocząć się 14 sierpnia, ale na skutek wyjątkowo silnego nalotu amerykańskiego wojska alianckie poniosły tak duże straty, że nie mogły przystąpić do ataku, sytuacja Niemców była również kiepska. Po nocnym uzupełnieniu strat poniesionych w trakcje nalotu, 15 sierpnia wojska sprzymierzonych ruszyły do ataku, mając w pamięci rozkaz wydany 14 sierpnia przez Naczelnego Dowódcę Sił Ekspedycyjnych generała Eisenhowera: "Szczęście idzie w parze tylko z najwyższym poświęceniem, zdecydowaniem i szybkością działania..., Jeżeli każdy zrobi to, co do niego należy, może okazać się, że ten tydzień będzie doniosłym tygodniem w dziejach tej wojny - niezwykle pomyślnym, owocnym dla nas, zgubnym dla ambicji nazistowskich tyranów". 17 sierpnia Kanadyjczycy w końcu wdarli się do Falaise, a Polacy zajęli okolice miasteczka Trun i Barou. Tego samego dnia II Korpusowi kanadyjskiemu w tym głównie polakom nakazano, by zamknęli kocioł, w którym miała znaleźć się dwie niemieckie armię. Polska 1. DPanc. uderzyła w kierunku miasta Chambios oraz wzgórz Mont Ormel. Następnego dnia w południe pozycję zostały zajęte, a wojska polskie zaczęły sie tam okopywać na wzgórzach, które przeszły do historii pod nazwami "Maczuga" i " Buława".
Amerykanie, choć nie prowadzili działań mających w celu zamknąć kocioł pod Falaise, odczuwali dość mocno nacisk niemieckich wojsk starających się wyrwać z tej pułapki w regionie Argentna. Agresywny Patton, prosił Bradleya o pozwolenie na natarcie w kierunku wojsk polsko-kanadyjskich, jednak w obawie o to, żeby nie doszło do bratobójczych walki, zabronił mu tego. Bradley obawiał się, że wojska 3. Armii wpadną przez szybkie i gwałtowne natarcie pod ogień 1. Armii kanadyjskiej i 2. Armii brytyjskiej. Jednak główny powodem była obawa, że wojska amerykańskie wkroczą na teren pomiędzy Argentan a Falaise, który został zaminowany bombami zegarowymi, a "zmiana strefy bombardowania zajęłaby nam wiele czasu"- tłumaczył Bradley. Poza tym Bradley obawiał się wydłużenia i zwężenia linii frontu Pattona, które jeszcze bardziej zostałyby narażone na ataki nieprzyjaciela z "kotła". Bezradny Patton, wysłał wiec sowiej najlepsze jednostki w kierunku Sekwany. W tym czasie sytuacja Niemców stawała się dramatyczna, pętla wokół ich sił zaciskała się, a rozkaz do odwrotu nie padł. W dodatku wydarzenia 15 sierpnia okazały się kosztowne dla Niemców, wtedy to gen. von Kluge stracił łączność z swoimi wojskami, co doprowadziło powstania chaosu wśród Niemców. Gdy łączność został przywrócona, jedynym miejscem, przez które mogły wycofać się dwie amie niemieckie były wzgórza Mont Ormel. Hitler pod naciskiem OKW w końcu wydał rozkaz do odwrotu i powołał na stanowisko głównodowodzącego na zachodzie powołał Feldmarsz. Waltera Modela, jednak było już za późno na jakiekolwiek działanie. Model nie mógł nic zrobić, tylko liczyć na cud, który nie nadszedł. Niemcy w dramatyczny sposób starali się utrzymać przerwę w okolicach Chambois. Ściśnięci w coraz mniejszym kotle byli bezlitośnie bombardowani przez lotnictwo oraz ciągle ostrzeliwani przez artylerię. Wycofujące się w dzień odziały niemieckie ponosiły ogromne straty, a na drogach odwrotu dochodziło do rzezi, gdy niemiecka piechota była bezlitośnie atakowana przez masy alianckich czołgów i samolotów. "To było straszne. Szczególnie dla rannych, którzy jęczeli z bólu. Kiedy słyszało się, jak mężczyźni wołali "mamo!"; albo "zabierz mnie ze sobą, nie zostawiaj mnie tutaj! Mam w domu żonę i dzieci. Wykrwawię się na śmierć!" - takie wspomnienia z tej bitwy spisał Porucznik Gunther Materne. Obraz piekła, w jakie dostała sie armia niemiecka pokazuję chorąży Hans Erich Braun z 2. Dywizja Pancerna zamkniętej w kotle: "Niemające końca wybuchy... Żołnierze przyzywający nas machaniem rąk, błagający o pomoc"; Trupy z twarzami wykrzywionymi agonią, skulone w okopach i schronach... Oficerowie, którzy stracili panowanie nad sobą... Płonące pojazdy, z których dobiegały rozdzierające krzyki... Jakiś kulejący żołnierzy, podtrzymujący wnętrzności, które wylewały mu się z jamy brzusznej... Żołnierze leżący w kałużach własnej krwi"; Ręce i nogi oderwane od ciał. I inni, którzy oszaleli, płakali, wrzeszczeli, przeklinali, śmiali się histerycznie. I konie niektóre nadal zaprzężone do rozbitych wozów, próbujące uciec z miejsca kaźni na kikutach nóg. Przy drodze leżeli też cywile obładowani pakunkami, często nieprzedstawiającymi żadnej wartości, tkwiącymi w kurczowo zaciśniętych martwych rękach. Niedaleko skrzyżowania ogień z karabinów maszynowych zaskoczył grupę mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie sposób zapomnieć widoku ich otwartych, szklanych oczu i twarzy zniekształconych bólem. Roztrzaskane wózki dziecięce i postrzępione lalki walały się wokół.". W dodatku Niemcy wycofywali się przez dwa mosty na rzece Dives, które były ciągle atakowane przez lotnictwo i artylerię. Amerykanie po kilkudziesięciu godzinach przerwy w końcu ruszyli do natarcia i wbijali się w niemieckie pozycję od południa, a wojska polskie i kanadyjskie wspierane prze brytyjską artylerię skutecznie broniły "korka" normandzkiego. Mimo dramatycznej sytuacji, duża część wojsk niemieckich zdołała się wyrachować z okrążenia. Alianci widząc, że spod nocą ucieka im armia niemiecka, przeszli do ostatecznego ataku i 19 sierpnia ostatecznie całkowicie otoczyli Niemców. O dziwo, już nocą z 19 na 20 sierpnia niemiecki teoretycznie rozbity II KPanc. SS zaatakował od zewnątrz siły kanadyjskie i polskie broniące się w okolicach Trun. W tym samym czasie korzystając z zamieszania okrążone siły niemieckie miały zaatakować od wewnątrz i wyrwać się z kotła. Niemcy atakowali cała noc i dzień, atakując aliantów małymi grupkami wojsk pozbawionymi wsparcia pancernego i artyleryjskiego. Niektóre jednostki przebijały sie przez linię obronne i uciekły z kotła, lecz duża część została powstrzymana. Niemiecki atak z zewnątrz, okazał sie zaskoczeniem dla sprzymierzonych, w czego rezultacie otoczony i odcięty został 10. PSK w Chambois i zgrupowanie pancerne ppłk. Szydłowskiego na Mont Ormel ze składu 1. DPanc. gen. Maczka. Przez cały dzień Polacy walczyli na dwa front, od wschodu atakowani przez II KPanc. SS a od zachodu przez oddziały próbujące wydrzeć sie z kotła. Wieczorem 20 sierpnia sytuacja Polaków stała się dramatyczna, zaczynało brakować zaopatrzenia, amunicji, a liczba zabitych i rannych gwałtownie rosła. Jednak na odsiecz Polakom rankiem następnego dnia przybyły oddziały kanadyjskie oraz amerykańskie.
Podsumowanie operacji "Overlord"
W ciągu następnych kilku dni wszystkie oddziały w kotle został zniszczone i wzięte do niewoli, straty niemieckie w broni pancernej okazały się największe z dotychczasowych bitew. III Rzesza w kotle pod Falaise straciła około 50 tyś. żołnierzy, 7 dywizji piechoty całkowicie zostało zniszczone, tak samo jak 101. i 102. batalion czołgów ciężkich SS. Praktycznie w całości zostały zniszczone 10. DPanc. SS oraz 21. DPanc. Natomiast 1., 2., 9., 12., DPanc SS oraz 2., 9., 116. DPanc i Panzer Lehr udało się uciec a raczej ich resztkom, ale nie przedstawiały praktycznie żadnej wartości bojowej. Niemcy w czasie "Bitwy o Normandię" w walkach zaangażowały wiele różnych oddziałów. Jednostki niemieckie, które wzięły udział w walkach o Normandię:
1). Dywizje pancerne: 1. SS, 2. SS, 2. DPanc, 9. DPanc, 9. SS, 10. SS, 12. SS, 21. DPanc, 116. DPanc, 130. DPanc.
2). Dywiizję Granadierów DGPanc: 3. DGPanc, 15. DGPanc, 17. DGPanc SS
3). Dywizje piechoty: 3. DSS (Dywizja Strzelców Spadochronowych), 5. DSS, 6. PSS (Pułk Strzelców Spadochronowych), 16. Dywizja Polowa LW, 17. Dywizja Polowa LW, 18. Dywizja Polowa LW, 91. DPD, 47. DP, 48. DP, 49. DP, 77. DP, 84. DP, 85. DP, 89. DP, 226. DP, 243. DP, 245. DP, 265. DP, 266. DP, 271. DP, 272. DP, 275. DP, 326. DP, 331. DP, 343. DP, 344. DP, 346. DP, 348. DP, 352. DP, 353. DP, 363. DP, 708. DP, 709. DP, 711. DP, 716. DP.
Straty poniesione przez Niemców w całej "Bitwie o Normandię" były gigantyczne - największe z dotychczasowych bitew. Hitler stracił 23 019 zabitych, 67 060 rannych, 198 616 wziętych do niewoli. Do tego należy doliczyć jeszcze 15 500 żołnierzy wziętych do niewoli po kapitulacji Cherburga, 31 tyś. żołnierzy wziętych do niewoli w czasie operacji "Dragoon" z 19. Armii, 27 tyś. dezerterów z GA "G", którzy w większości mieli obywatelstwo przed wojna francuskie i pochodzili z Alzacji i Lotaryngii. Oprócz tego kilka tysięcy żołnierzy zostało wzięte do niewoli w czasie wyzwalania zachodniego wybrzeża Francji. Straty w sprzęcie okazały się również wielkie. W walce Niemcy stracili ok. 1500 czołgów, 179 dział samobieżnych, 20 tys. innych pojazdów, 2 tys. samolotów oraz większość sprzętu artyleryjskiego (2 tys. dział). Część wojsk, która uciekła z Normandii i większości Francji został jednak też otoczona przez alianckie wysoko zmotoryzowane i mobilne dywizję. Jednym z takich kotłów miał miejsce podczas bitwy o Mons gdzie do niewoli dostało się ok. 30 tyś. żołnierzy, a śmierć poniosło 3,5 tyś. Niemców. W czasie walk resztki niemieckich 47., 49., 271., 275., 244., 348., 352. Dywizji Piechoty, 3 i 6 dywizji spadochronowej, 18 Dywizji polowej Luftwaffe oraz 9 i 10 DPanc SS zostały jeszcze bardziej rozbite i już praktycznie nie miały jakiekolwiek wartości bojowej, niektóre jednostki miały raptem 10% stanu osobowego. Straty alianckie były równie duże i wyniosły ok. 60 tyś zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych żołnierzy brytyjskich, kanadyjskich oraz polskich oraz 90 tyś. żołnierzy amerykańskich.
Bitwa o Normandię była jedna z największych bitew w historii. Generał von Choltitz, dowódca LXXXIV Korpusu Armijnego tak oceniał kampanię w Normandii w meldunku do gen. Haussera 15 lipca 1944 roku:"Cała bitwa to jedna wielka masakra, jakiej nie widziałem dotychczas przez jedenaście lat wojen, na których byłem". Śmiało można stwierdzić, ze to właśnie tam ostatecznie szala zwycięstwa na stronę aliantów została przechylona. Mimo bezdyskusyjnego wielkiego zwycięstwa, wojska sprzymierzonych jeszcze przez wiele miesięcy walczyły z osłabionym wrogiem, który jednak swoje braki w sprzęcie nadrabiał niespotykaną walecznością.
Bibliografia:
1. Szlagor T., Pancerna Pięść, Lublin 2006.
2. Szlagor T., Trzecia Pancerna, Lublin 2007.
3. Encyklopedia II wojny światowej, Wydawnictwo Oxsford Educational sp. z o.o. Serii wydana przez Polskie media AmerCom SA.
4. Czubiński A., Historia drugiej wojny światowej 1939-1945, Poznań 2004.
5. Encyklopedia II wojny światowej. Warszawa 1975.
6. Stefan B., Marian M., Polski czyn zbrojny 1939-1945, Warszawa 1989.
7. Susan K., Obrazy Wojny, Normandia: Wielka Krucjata, Edipresse 1994.
8. Kershaw R. J., D-DAY. Przełamanie Wału Atlantyckiego, Warszawa 1999.
9. Biegański W., Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie 1939-1945, Warszawa 1990.
10. George S. Patton, Wojna. Jak ją poznałem, (przekład: Emilia Niemirska), Warszawa 2006.
11. www.drugawojna.ovh.org
12. www.bbc.co.uk/history
13. www.flamesofwar.com
14. Reynolds M., "Stalowe Piekło. I KPanc SS w Normandii".
15. McKee A., "Caen. Droga do zwycięstwa".
16. Ambrose S., "Obywatele w mundurach".
17. Hastings M., "Overlord. D-Day and the battle for Normandy".
18. Von Luck H., "Byłem dowódcą pancernym".
19. Cornelius R., Najdłuższy Dzień, Poznań 2008.
20. Luiza Ł., D-DAY, Warszawa 2005.
Autor: Artur Micek
Współautor: Mikołaj Chmielak













