Strona Główna Historia 1939-1945 Dywizjon 303 w bitwie o Anglię

Dywizjon 303 w bitwie o Anglię


303

W sierpniu 1940 roku rozpoczęła się jedna z największych i najważniejszych bitew II wojny światowej, określana mianem Bitwy o Brytanię. Po stronie aliantów walczyła grupa polskich myśliwców, a wsród nich najsłynniejszy 303 Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki.

W sierpniu i wrześniu roku 1940 rozegrała się jedna z najważniejszych bitew lotniczych II wojny światowej, której wynik zaważył na późniejszych losach całego świata. Pokonanie lotnictwa niemieckiego pozwoliło na odłożenie na czas nieokreślony lądowania na wyspy brytyjskie. Związku z fiaskiem operacji Lew Morski w Europie pozostał skrawek ziemi, który pozwolił na utworzenie w późniejszym czasie nowego frontu i w ostateczności pokonanie sił Osi. Bitwa o Wielką Brytanię miała dużą wymowę psychologiczną. Pokazała, że niezwyciężone jak dotąd hordy hitlerowców da się pokonać i skutecznie z nimi walczyć. Początek bitwy możemy się doszukiwać już na początku czerwca 1940 r., gdy rozpoczęły się naloty Lutwaffe na konwoje i tereny przybrzeżne, jednak największe nasilenie przybrały w sierpniu i wrześniu tegoż roku, kiedy to nabrały charakteru systematycznie prowadzonej akcji. Winston Churchill wypowiedział o tej bitwie wielce znamienne słowa, które najlepiej odzwierciedlają jej wagę: „Never In the field of human conflict was so much owed by so many to so few” („Nigdy w dziedzinie ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”). W wydarzeniach tych dużą rolę odegrali polscy lotnicy, którzy zapisali się chwalebnie na kartach historii swoją brawurą, odwagą i umiejętnościami. W szczególności wielkie pochwały należą się lotnikom Dywizjonu 303, walczącym od początku września 1940 roku ku chwale wolności.

Koniec sierpnia 1940 roku przyniósł Brytyjczykom poważne straty w sprzęcie i w ludziach, sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa. Nowi angielscy rekruci już nawet po kilku godzinach treningów lotniczych byli wysyłani do walki, co często prowadziło do ich szybkiej porażki. Skłoniło to Anglików do skorzystania z pilotów pochodzących z państw sojuszniczych, które to zostały wcześniej podbite przez Niemcy. Wśród nowych posiłków przeważającą siłę stanowili właśnie Polacy, walczący na początku w obronie swojej ojczyzny, później atakowanej Francji, by w końcu trafić na wyspę. Pierwsi polscy lotnicy trafili do Wielkiej Brytanii już jesienią 1939 roku, lecz nie odegrali oni większej roli. Na godny siebie szacunek musieli czekać aż rok, gdy to Anglię starał się ujarzmić Hitler. Polacy stanowili największą zagraniczną siłę militarną w Wielkiej Brytanii (samych żołnierzy wojsk powietrznych było wśród nich co najmniej 8,5 tysiąca). Początkowo nie cieszyli się oni dużym szacunkiem wśród Brytyjczyków (a wcześniej Francuzów). Z pewnością dużą rolę odegrała tu hitlerowska propaganda, ośmieszająca polski opór września 1939 roku i oczerniająca polskiego żołnierza. Polscy piloci byli traktowani przez swoich brytyjskich dowódców z dużym dystansem. Musieli uczyć się po całych dniach języka angielskiego i skomplikowanego regulaminu RAF. Ich cierpliwość wystawiano na wielką próbę, każąc im ćwiczyć taktykę powietrzną na trójkołowych rowerach. Straty RAF-u zmusiły jednak Anglików do włączania Polaków do dywizjonów biorących czynny udział w walkach. Przeznaczano ich jednak głównie do obsługi bombowców, co nie za bardzo im służyło. W końcu jednak zaczęto tworzyć w Anglii i polskie dywizjony. Jednym z nich był utworzony 2 sierpnia 1940 roku 303 Dywizjon Myśliwski z przydomkiem Warszawski oraz imieniem. Tadeusza Kościuszki stacjonujący w bazie Northolt. Każda wyższa funkcja w nim miała podwójną obsadę. Dowódcą Dywizjonu mianowano ze strony polskiej Zdzisława Krasnodębskiego, zaś ze strony angielskiej Ronalda Kelleta. Dywizjon dzielił się na dwie eskadry, A (której dowódcami byli odpowiednio John Kent i Witold Urbanowicz) oraz B (z Forbesem i Paszkiewiczem na czele), na eskadry natomiast składały się dwa klucze po trzy samoloty. Ronald Kellet przyjął nominację na dowódcę dywizjonu jako rozczarowanie. Nie był zbyt przychylny swym nowym podwładnym. Z ich relacji wynika, że początkowo odnosił się do nich oschle i z wyższością. Pilotom służącym w Dywizjonie 303 trudno było przekonać angielskich dowódców do tego, że są już zdolni do wykonywania działań zbrojnych. Nie służyły temu drobne wypadki, wynikające ze starych przyzwyczajeń. Niektórzy piloci latający wcześniej na przestarzałych myśliwcach PZL P.11 początkowo nie mogli się przyzwyczaić do dużo nowocześniejszych angielskich myśliwców Hawker Hurricane. Niekiedy zapominali się wypuszczać przed lądowaniem klap i podwozia, co dwukrotnie w czasie szkolenia kończyło się lądowaniem „na brzuchu” samolotu. W bazie dochodziło do różnego rodzaju nieporozumień pomiędzy Brytyjczykami a obcokrajowcami, głównie Polakami. Musiało minąć trochę czasu, aby taki stan rzeczy zmienił bieg o 180 stopni.

  Do Dywizjonu 303 należeli bardzo zróżnicowani ludzie. Na czoło pod względem poczucia humoru wybijał się Jan Zumbach. Ze względu na swój wygląd nadano mu przydomek „Donald” (od znanej z disneyowskich kreskówek postaci), chociaż dosyć popularne było także przezwisko „Johnny”. Kolejnym popularnym wśród załogi członkiem dywizjonu był Mirosław Feric. Starał się on przez cały okres wojny prowadzić dziennik, w którym notował najważniejsze wydarzenia. W tyle nie pozostawał Witold Łokuciewski, zwany „Tolem”. Całą tą trójkę, z uwagi na wyczyny na ziemi i w powietrzu, zaczęto nazywać „trzema muszkieterami”. Do Dywizjonu 303 należał również Jozef Frantisek, niepokorny Czech chcący za wszelką cenę odpłacić się hitlerowcom za wszystkie zniewagi na sobie i swojej ojczyźnie. W ciągu miesiąca walk udało mu się zestrzelić 18 (w tym jeden prawdopodobny) samolotów wroga, dzięki czemu stał się najskuteczniejszym alianckim pilotem bitwy o Anglię. Reszta pilotów nie odstawała umiejętnościami od wymienionych. Brytyjczycy już w czasie szkolenia zaczęli doceniać Polaków, obserwując ich zapał i sposób pilotażu samolotów. Warto zauważyć, że tuż przed wybuchem wojny dęblińska szkoła lotnicza była jedną z najbardziej prestiżowych i wymagających na świecie. Jej absolwentami byli świetnie przeszkoleni piloci, a ci, którzy po wybuchu wojny przedostali się do Anglii, byli często wcześniej jej instruktorami.

Hawker Hurricany Mk 1, samoloty na których przyszło latać pilotom Dywizjonu 303, zaczęto produkować w 1937 roku. Mimo to już w chwili rozpoczęcia wojny miały dość przestarzałą konstrukcję. Najczęściej musiały one walczyć w powietrzu z Messerschmittami Bf-109E, maszynami szybszymi i wytrzymalszymi. Swoje braki na polu walki nadrabiały lepszą zwrotnością. Dopiero w dużo późniejszym czasie przyszło Polakom latać na świetnych myśliwcach Supermarine Spitfire. Godłem dywizjonu stała się czerwona krakuska ze skrzyżowanymi kosami na tle czerwono-białych pasów i gwiazd. Było ono umieszczane na kadłubach samolotów. Z pewnością członkom dywizjonu przysłużyło się latanie na polskich, opornych samolotach PZL P.11. Dzięki niemu wyrobił się w nich niesamowity wręcz refleks i umiejętność obserwowania pola walki, którym to zadziwiali innych brytyjskich pilotów. W drugiej połowie sierpnia Dowództwo Lotnictwa Myśliwskiego coraz bardziej zaczęło odczuwać brak pilotów (w ciągu niespełna ostatnich dwóch tygodni stracono ich ponad 154). Zmuszało to dowództwo brytyjskie do ekspresowego wręcz szkolenia nowych żołnierzy (czas szkolenia nowych trwał obecnie tylko 2 tygodnie, wcześniej aż pół roku). Byli oni w większości skazani na porażkę w powietrznym boju. Czternastego sierpnia dopuszczono do walki 302 Dywizjon Poznański, jednak wyznaczono mu jedynie ochronę środkowej Anglii. 19 sierpnia Dywizjon 303 został dopuszczony do lotów, ale tylko do ochrony brytyjskich lotnisk. Aż nadszedł pamiętny piątek, 30 sierpnia. Rano udany nalot na lotniska przeprowadziły bombowce Lutwaffe, pozbawiając prądu kilka stacji radarowych. Piloci polskiego dywizjonu od 16:15 (w ramach ćwiczeń) pozorowali ataki na angielskie bombowce, co zostało później nazwane przez Jana Zumbacha nieco pogardliwie „zabawą z blenheimami”. Los chciał, że znaleźli się oni w rejonie ostrych walk. Lecąc na wysokości 3000 metrów w kierunku północnym natknęli się na grupę bombowców lecących pod silną eskortą myśliwców ( z których to część stanowiły nowoczesne i wytrzymałe Messerschmitty Bf-110) i walczących z samolotami RAF-u. Po zauważeniu toczącej się walki Ludwik Paszkiewicz zameldował przez radio dowódcy dywizji Kellettowi o zaistniałej sytuacji, ale nie usłyszał żadnego odzewu. Chęć walki zapanowała w nim nad zdrowym rozsądkiem i dyscypliną. Pchnął manetkę gazu przed siebie i wyskoczył z szyku. Będąc jakieś 300 metrów od swojego dywizjonu natknął się, jak początkowo myślał, na bombowiec Denier Do 17. Dopiero później uświadomił sobie, że ma do czynienia z myśliwcem Bf 110. Ścigało go początkowo kilka brytyjskich myśliwców, ale po pewnym czasie został tylko jeden Hurricane. Do niego właśnie dołączył się ze swoim samolotem Paszkiewicz. Niemiecka maszyna szukając ostatniej deski ratunku wykonała „korkociąg” widząc szansę na zgubienie pościgu. Na nic to się jednak nie zdało. Po kilku udanych salwach udało się Ludwikowi Paszkiewiczowi (z drobną pomocą pilota drugiego brytyjskiego myśliwca) zestrzelić wrogi myśliwiec, unieruchamiając jego silniki. Przed wylądowaniem w bazie dumny Paszkiewicz wykonał nad lotniskiem beczkę zwycięstwa, informując tym samym swych przyjaciół, że udało mu się zestrzelić wrogi samolot. Po wylądowaniu radość nie miała końca. Nie trwała jednak długo. Bohater dnia został wezwany przed oblicze dowódcy bazy, 42-letniego Group Captaina Stanleya Vincenta. Po początkowo gorzkich słowach dotyczących niesubordynacji i nieodpowiedzialności, mogącej wystawić na szwank cały dywizjon, nastąpiły gratulacje dowódcy strącenia pierwszej wrogiej maszyny przez Dywizjon 303. 30 sierpnia miało niebagatelne znaczenie dla przyszłości całej polskiej jednostki. Jeszcze tego samego dnia Kellett powiadomił Dowództwo Lotnictwa Myśliwskiego o gotowości dywizjonu do działań bojowych. Dzień zakończył się dla lotników świętowaniem sukcesu w kasynie oficerskim. Lot bojowy wyznaczono im już na dzień następny, w końcu zaufano im zdolnościom. Kolejny miesiąc miał potwierdzić, jak wielkie serce miał każdy z lotników Dywizjonu 303 dla obrony wolności przed wrogiem, jakim było przeważające liczebnie lotnictwo Lutwaffe.

Wreszcie nadszedł ostatni dzień sierpnia 1940 roku. Początkowo nic nie wskazywało na to, że potoczy się on inaczej jak poprzednie, schematyczne dni. W końcu nadeszła godzina 18:00. Nadeszła wiadomość o zbliżających się znad kanału La Manche 200 samolotach Lutwaffe. Naprzeciw nim dowództwo brytyjskie postanowiło wysłać trzynaście swoich dywizjonów, w tym i polski Dywizjon 303. Dwie eskadry zostały skierowane na Dorking, ale tylko pierwszej z nich, eskadrze A, przyszło w tamtym dniu walczyć. Po kilkudziesięciu minutach lotu napotkali 60 bombowców Dornier wraz z eskortującymi ich myśliwcami. Początkowo obrali za cel bombowce, jednak szybko nadleciały im z pomocą  Messerschmitty. Klucz „czerwony” Kelletta (z bocznymi Eugeniuszem Szaposznikowem i Stefanem Karabinem) zaatakował od strony słońca wroga i strącił trzy Messerschmitty. W tej samej chwili zaatakowały go inne niemieckie myśliwce, lecz w porę przybył z odsieczą klucz „żółty” z bocznymi Mirosławem Fericem i sierżantem Wuensche. Po chwili zestrzelili oni po jednym samolocie. W końcu swoją ofiarę zestrzelił ostatni, szósty członek Dywizjonu, Zdzisław Henneberg. Nieświadom tego, że jest sam, podjął się pościgu za czteroma niemieckimi myśliwcami i celną serią z karabinu unieszkodliwił jednego z nich. Po powrocie do bazy długo świętowano ten sukces. Pierwsza prawdziwa misja bojowa Dywizjonu 303 została ukończona. Na kolejne zadanie jego piloci musieli czekać do drugiego września. I tym razem nie obyło się bez niespodzianek. Nad przyczółkiem Dover rozgorzała walka kołowa pomiędzy Messerschmittami a Hurricanami. Angielskie samoloty zaczęły zdobywać przewagę dzięki swej lepszej zwrotności, przez co część niemieckich maszyn dała za wygraną i zaczęła uciekać w kierunku Francji. Pościgu za nimi podjęli się Feric i Henneberg. Pierwszy z nich nie miał szczęścia, będąc prawie nad Francją oberwał serią z karabinu maszynowego. Unieruchomiło to silnik jego samolotu i zmusiło do lotu ślizgowego w kierunku Anglii. Był teraz bezbronny, niezdolny do walki. Nie wiadomo czy udałoby się mu przeżyć, gdyby nie jego dwaj kompani z drużyny, Witold Łokuciewski i Ludwik Paszkiewicz. Ubezpieczali oni Ferica aż do bezpiecznego lądowania na wybrzeżu Anglii. Wydarzenie to ukazało, jak wielkie znaczenie miało wzajemne wsparcie pilotów w czasie walki. Dywizjon 303 na prawdziwą walkę musiał czekać aż trzy dni, do piątego września. Ciekawa przygoda spotkała sierżanta Stanisława Karubina. W czasie pościgu za Messerschmittem skończyła mu się amunicja. Żądny łupu nie dał jednak za wygraną. Szarżując tuż nad czubkami drzew naprzeciw hitlerowskiemu samolotowi zmusił go do zrobienia uniku i ostatecznego rozbicia się o ziemię. Żelazne nerwy Karubina dały o sobie znać. Tego dnia Dywizjonowi Kościuszkowskiemu udało się strącić aż 8 samolotów wroga, co stanowiło dwadzieścia procent strąceń RAF-u w tymże dniu. O umiejętnościach Polaków mógł się przekonać sam dowódca bazy, Vincent, obserwując z powietrza ich walkę z hitlerowcami. Kolejnego dnia miał się odbyć Sądny Dzień, Lutwaffe planowało roznieść lotnictwo brytyjskie. Niemcy wysyłali swoje samoloty do walki z większym natężeniem niż zwykle. Zastosowali także nową zagrywkę. Myśliwce wysyłali już nie tylko w roli osłony dla bombowców, ale także jako samodzielne jednostki mające utworzyć swego rodzaju most powietrzny do samego Londynu. Szóstego września zdolnych do lotu było jedynie dziewięć samolotów Dywizjonu 303. Wszystkie one wystartowały tuż przed godziną dziewiątą rano w powietrze i skierowały się ku Londynowi. Gdy wzbijali się na odpowiedni pułap (osłabiało to ich zdolności bojowe), zaatakowała ich chmara Messerschmittów Bf-109. Ich przewaga wysokości, szybkości i ilości była przytłaczająca. Pierwszą ich ofiarą padł przywódca Dywizjonu, Zdzisław Krasnodębski. Ciężko poparzony w wyniku wycieku oleju jakimś cudem uwolnił się z kabiny samolotu i szczęśliwie wylądował na spadochronie. To był jednak dla niego koniec przygody z lotnictwem. Reszta pilotów walczyła dalej, wykonując karkołomne akrobacje udało im się ujść z tej śmiertelnej pułapki. Siły się nieco wyrównały. Pierwszego Messerschmitta udało się tamtego dnia zestrzelić Witoldowi Urbanowiczowi. Kolejny padł łupem Karubina, który niestety w krótkim czasie sam został trafiony i strącony. Wyszedł jednak z tego cało, tracąc jedynie samolot. Zestrzeleni zostali również angielscy dowódcy eskadr, Forbes i Kellet (temu udało się jednak sprowadzić swojego podziurawionego Hurricana na ziemię). Ostatecznie Polakom udało się strącić aż siedem samolotów Lutwaffe, tracąc przy tym cztery swoje (wynik zadziwiający, biorąc pod uwagę siły wroga, z jakimi przyszło im walczyć). Tego dnia do lotników przyszedł list gratulacyjny od samego generała Sikorskiego, będącego pod wrażeniem osiągnięć polskiego dywizjonu. Nowym dowódcą, w miejsce ciężko poparzonego Krasnodębskiego, mianowano jego dotychczasowego zastępcę, Witolda Urbanowicza. W niedługim czasie okaże się, że była to trafna decyzja. Ostatnie dwa tygodnie nalotów zmusiły Winstona Churchilla do wydania rozkazu zbombardowania Berlina. Hitler i dowódca Lutwaffe Göring nie spodziewali się tak zaciekłej obrony Anglii. Mieli ciągle przygotowany plan desantu na Wielką Brytanię zwany „Lwem Morskim”, ale ciągle go przekładali ze względu na wielki opór Aliantów. Na dodatek przeciwnik zdecydował się na kontratak. Naziści nie mogli wiedzieć, że Anglicy po dwóch tygodniach ciężkich walk są na granicy złamania. Królewskie Siły Powietrzne straciły już ponad 220 samolotów. Dzień siódmego września przyniósł jeszcze bardziej zmasowany atak Niemców, ale i tym razem Anglicy zadali im poważne straty. Dywizjon 303 strącił w ciągu kwadransa aż czternaście hitlerowskich samolotów, tracąc przy tym trzy. Radość po wylądowaniu w bazie w Norholt nie trwała jednak długo. Z Londynu płynęły niepokojące wieści mówiące o setkach zabitych. Dużej części niemieckich maszyn udało się jednak przedrzeć i zbombardować stolicę. Jedenastego września, w środę, Stanley Vincent znowu mógł się przekonać o niebywałych umiejętnościach polskich pilotów, obserwując z powietrza ich walkę. Znowu przekonał się, że statystyki Dywizjonu 303 dotyczące zestrzeleń wrogich samolotów są całkowicie prawdziwe. W ten dzień polski dywizjon opierał się przeważającym siłom wroga, odpierając jeden z najgwałtowniejszych niemieckich ataków bitwy o Anglię. Po wcześniejszych mniejszych atakach około godziny szesnastej znad Francji nadciągnęła większa armada składająca się z 60 bombowców oraz blisko 100 osłaniających je Messerschmittów Bf 109 i Bf 110. Czoła stawili im piloci Dywizjonu 303, walcząc do ostatka sił. Udało się im rozbić szyki przeciwnika (rozpędzić bombowce) i zestrzelić imponującą liczbę 17 samolotów, co było jednym z najlepszych wyników RAF-u w ciągu całej obrony Wielkiej Brytanii. Niestety nie obyło się bez ofiar wśród Polaków. Życie stracili wtedy dwaj ludzie: postrzelony w głowę porucznik Cebrzyński oraz sierżant Wojtowicz. Ich poświęcenie na pewno nie poszło na marne. Po tygodniu walk piloci dywizjonu mieli na swoim koncie już prawie 40 strąconych samolotów niemieckich. Robiło się o nich głośno w całej Anglii, pochwały płynęły ze wszystkich stron, nawet od samej rodziny królewskiej. Ciągle starano się sobie wytłumaczyć niesamowite umiejętności polskich pilotów. W końcu Anglicy doszli do wniosku, że Polacy wiele się nauczyli latając na prymitywnych polskich samolotach. Przesiadając się do angielskich maszyn byli już w pełni ukształtowanymi pilotami. W odróżnieniu od swoich brytyjskich odpowiedników, nie trzymali się sztywno zasad i regulaminu. Bardziej niż różnego rodzaju przyrządom wierzyli własnemu wyczuciu i wzrokowi, w walce wybierali często nietuzinkowe rozwiązania, przystosowując się do zaistniałych sytuacji. Dosyć często polowali na wrogie samoloty tzw. „metodą Frantiszka”. Latali nad kanałem La Manche, oczekując powracających znad Anglii niemieckich samolotów, często uszkodzonych. Były one łatwym łupem dla pilota patrolującego ten teren.  Warto przy okazji zaznaczyć, jak ważną rolę odgrywały w czasie walki zwyczajne chmury. Były one często jedyną drogą ucieczki osaczonych pilotów, niejednokrotnie ratowały im życie. Niekiedy stanowiły też poważną pułapkę. Wylatujący z nich zdezorientowany pilot był łatwym celem dla wroga, nie wspominając nawet o możliwości zderzenia się z innym samolotem z powodu ograniczonej widoczności. Uświadamia to nam, jak prozaiczne powody wpływały nieraz na wynik starcia. Zła pogoda odgrywała niebagatelną rolę, a wykorzystana odpowiednio stawała się sprzymierzeńcem pilota.

Dużymi krokami zbliżał się punkt kulminacyjny całej bitwy o Anglię. Hitler spodziewał się, że do pokonania „resztek” brytyjskiego RAF-u wystarczy już tylko jeden większy nalot i możliwe będzie w końcu przeprowadzenie operacji „Lew Morski”. Jak pokazały kolejne dni, srogo mylił się w swoich wyliczeniach. Wywiad tak niemiecki, jak i brytyjski zawyżał sporo straty przeciwnika, co na pewno przyspieszyło decydujące uderzenie Lutwaffe. Göring zdecydował się rzucić całe niemieckie lotnictwo na Anglię w dniu 15 września. Hitlerowcy spodziewali się łatwego zwycięstwa, otwierającego im drogę do opanowania całej Anglii. Szturm przebiegał w kilku falach, z czego pierwsza i druga były najsilniejsze. Według różnych danych tego dnia nad Anglię nadciągnęło od 650 do 1000 niemieckich bombowców i myśliwców. Około godziny dziewiątej nad cieśniną Dover, ujściem Tamizy i hrabstwem Kent, na horyzoncie pojawiły się pierwsze niemieckie maszyny. Były to jedynie samoloty zwiadowcze. Dwie godziny później pojawiło się już więcej wrogich myśliwców, „przednia straż” niemieckiej armady, ale i to nie zrobiło wrażenia na brytyjskich dowódcach. Dopiero parę chwil później wysłano do walki kilka dywizjonów Spitfire’ów przeciwko 40 bombowcom i 80 osłaniających ich myśliwcom. Jak się okazało, był to tylko wstęp do następnej fali ataku. Zaledwie po pięciu minutach nadleciało kolejnych 150 niemieckich samolotów.  Nie niepokojone przez zawiązane walką brytyjskie Spitfire ciągnęły w głąb Anglii. Na ich spotkanie wysłano 17 dywizjonów, w tym dwa polskie, Poznański i Kościuszkowski. Prawdziwa walka rozpoczęła się nad południowym Londynem. Trzy klucze Dywizjonu 303 zaatakowały bombowce, zaś czwarty zajął się eskortującymi je Messerstmittchami. Alianckim pilotom udało się rozbić pierwszą falę niemieckiego nalotu. Na całej szerokości 40 kilometrów od kanału do Londynu niebo pokryte było setkami walczących samolotów i czaszami spadochronów zestrzelonych pilotów. Niemałym kosztem udało się odeprzeć pierwszy niemiecki atak, angażując do walki prawie wszystkie siły. Premier brytyjski zapisał w swoim pamiętniku: „Trudności były wielkie, rezerwy minimalne, stawka przeogromna”. W pierwszym starciu Dywizjon Kościuszkowski zestrzelił 10 niemieckich samolotów, ranny został jeden pilot Witold Łokuciewski. Zdolnych do następnego startu było już tylko dziewięć samolotów. Kolejny atak nastąpił już trzy godziny później. Był nie mniej silny jak poprzedni, cel: zniszczyć całkowicie brytyjskie lotnictwo. Dywizjon 303 wzniósł się powtórnie w powietrze o 14:50, w sile dziewięciu Hurricanów. Pierwszymi czteroma dowodził kapitan Kellet, następną piątką Witold Urbanowicz. W niedługim czasie natknęli się na zgrupowanie kilkudziesięciu bombowców Dornier 215 oraz na strzegące je Messerschmitty. Polski Dywizjon nieco się rozdzielił lecąc przez gęste chmury, dlatego piątka samolotów prowadzona przez Urbanowicza zaatakowała samotnie przeważające siły wroga. Od strony słońca uderzyła w bombowce całym swoim impetem. W krótkim czasie wsparły ją dwa brytyjskie dywizjony, wzmacniając siłę ognia Aliantów w tej potyczce. Ataki te doprowadziły do rozbicia zwartych niemieckich szyków i ułatwiły znacząco zestrzeliwanie samolotów pilotowanych przez spanikowanych Niemców. Dopiero po dłuższym czasie nadleciały posiłki w postaci Messerschmittów, ale nie mogły już w żaden sposób zaradzić klęsce. Drugi niemiecki atak także udało się z sukcesem odeprzeć ( Dywizjon 303 zestrzelił sześć kolejnych samolotów), chociaż nie bez ofiar. W trakcie niego zginął sierżant Brzozowski. Do bazy w Norholt wróciło siedem samolotów (w tym pięć mocno uszkodzonych). 15 września przyniósł Aliantom wielkie zwycięstwo. W dniu tym walczyło w powietrzu aż siedemdziesięciu Polaków, walnie przyczyniających się do sukcesu. Niemcy ponieśli ostateczną klęskę, tracąc tego dnia aż 185 samolotów. Był to decydujący moment całej bitwy o Anglię, świat się dowiedział, że niezwyciężone dotąd niemieckie wojska da się pokonać. Tego dnia Hitler postanowił odłożyć na czas nieokreślony plany podboju brytyjskiej wyspy, a Göring mógł już tylko odliczać do ostatecznej klęski próby podbicia Anglii. Druga połowa września wykazała, że Niemcy dali sobie spokój z większymi nalotami na brytyjską wyspę. Ataki się zdarzały, ale dużo słabsze i o mniejszym natężeniu niż w poprzednich dniach.

Dwudziestego szóstego września bazę w Norholt odwiedził król Jerzy VI. Gratulował on osiągnięć przede wszystkim polskiemu dywizjonowi. Tego samego dnia udało się Polakom zniszczyć w walce jedenaście niemieckich maszyn, co wydatnie polepszyło ich statystyki. Ale to nie był jeszcze koniec. Następny dzień zapisał się w historii Dywizjonu 303 jako jeden z najtragiczniejszych. Jego piloci musieli walczyć przeciwko trzydziestu bombowcom i sześćdziesięciu myśliwcom. Starcie to życiem przypłacili Ludwik Paszkiewicz (który to zaliczył pierwsze strącenie dla dywizjonu) oraz sierżant Tadeusz Andruszkow. W tym dniu lotnikom polskiego dywizjonu udało się strącić 15 niemieckich samolotów, ale nie był to powód do radości. Kolejnych dwóch pilotów zginęło. Śmiertelność w Dywizjonie 303 i tak była niska w porównaniu do innych dywizjonów. Ósmy października również nie należał do szczęśliwych. Jozef Frantisek, jeden z najskuteczniejszych pilotów RAF-u w bitwie o Anglię (17 pewnych strąceń) rozbił się w niewyjaśnionych okolicznościach pod miastem Ewell w hrabstwie Surrey. Lądując awaryjnie na polanie skręcił sobie kark. Już trzy dni później, jedenastego października Dywizjon 303 wycofano z frontu i wysłano na zasłużony odpoczynek.

W ciągu całej bitwy o Anglię Dywizjon Kościuszkowski mógł się pochwalić 126 strąconymi samolotami wroga. W tym 77 zostało zestrzelonych przez Polaków, 17 przez Czecha Frantiska, a pozostałe 14 przez brytyjskich pilotów polskiego dywizjonu. Był to imponujący wynik, biorąc pod uwagę fakt, że Polacy brali udział w bitwie dopiero od początku września. Także straty po własnej stronie były średnio trzy razy mniejsze niż w innych dywizjonach. Inni Polacy biorący udział w walce z Niemcami strącili ogółem 77 samolotów, zaś drugi polski Dywizjon 302 Poznański zestrzelił 77 samolotów. Bardzo korzystnie dla Polaków wyglądał bilans największego starcia z Niemcami, 15 września: co siódmy strącony tego dnia samolot został zapisany na ich konto. W grudniu pięciu pilotów Dywizjonu 303 zostało odznaczonych przez generała Williama Sholto Douglasa (dowódca lotnictwa myśliwskiego) Krzyżem Walecznych, najwyższym oficerskim odznaczeniem. Należeli do nich: Witold Urbanowicz (15 strąconych samolotów w czasie bitwy o Wielką Brytanię), Jan Zumbach (8 zestrzeleń), Zdzisław Henneberg (8 zestrzeleń), Mirosław Feric (7 zestrzeleń) oraz pośmiertnie Ludwik Paszkiewicz (6 zestrzeleń). Polski Dywizjon 303 Kościuszkowski wpisał się złotymi zgłoskami w historię II wojny światowej, a jego wyczyn przyczynił się do ostatecznego pokonania hitlerowskiego wroga. Jego piloci już na zawsze okryli się nieśmiertelną sławą i chwałą.

 

Bibliografia:  

Fiedler A., Dywizjon 303, Poznań 1990.
Olson L. i Cloud S., Sprawa honoru - Dywizjon 303 Kościuszkowski, Warszawa 2004.
Janowicz K., Gdyby nie Paszko…, „Militaria. Wydanie Specjalne”, 2007, nr 4, s. 16-22. 
Arct B., Wielki dzień dywizjonu 303, Warszawa 1978.
Zamoyski A., Orły nad Europą, losy polskiego lotnictwa w czasie II wojny światowej, Kraków 2004.

 
Joomla SEO by AceSEF
Saddam Husajn
niedziela, 13 maja 2012
We współczesnej historii świata wiele mówi się o dawnych dyktaturach i ich negatywnych oraz pozytywnych następstwach. Wśród współczesnych dyktatorów większość z nich jest nam bardzo dobrze znana – każdy słyszał o Muammarze al-Kaddafim, czy Kim Dzong Ilu. Osoby te nie miały...
Więcej…
Bezpieczeństwo zewnętrzne RP
niedziela, 16 października 2011
Zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom i zapewnienie nienaruszalności granic oraz ciągłości państwa polskiego stanowi główne wyzwanie w XXI wieku. Oprócz zagwarantowania bezpieczeństwa wewnętrznego i dobrze zorganizowanego systemu bezpieczeństwa narodowego w państwie, ważne jest...
Więcej…
IT-1 - Rakietowy niszczyciel czołgów
niedziela, 24 października 2010
Rakietowy niszczyciel czołgów IT-1 został opracowany na podwoziu czołgu T-62. Jego projekt powstał w roku 1968. Z czołgu T-62 wykorzystano kadłub wraz z napędem.
Więcej…
B. Królikowski - Szable lisowczyków
wtorek, 03 kwietnia 2012
Lisowczycy to lekka jazda polska o charakterze utrzymującego się z łupów wojska najemnego. Powstała w XVII wieku formacja obrosła dziś dużym mitem. Ich biała i czarna legenda powstała jednocześnie - okrywająca sława i osława lisowczyków rodziły się w tych samych latach, ale...
Więcej…

Instytut Wydawniczy Erica Rebis Almapress War Book Inne Spacery Cenega    

Blog Michała Banacha Blog Damiana Ratka

Facebook Nasza-Klasa YouTube Twitter RSS

All rights reserved by Militis.pl 2008-2012